O biedronce i McDonalds…

 
W ubiegłą niedzielę, na ambonę kościoła Św. Ducha wyszedł ksiądz Mariusz Ogorzelec. Nie było by w tym nic dziwnego, gdy by nie fakt, że wyglądał trochę inaczej niż na co dzień i inaczej niż w niedzielę. Miał na sobie kostium biedronki. Pomysł przebrania był związany z głośnym tematem, poszukiwania dawcy szpiku dla małej 9-letniej Gabrysi.25 października w Domu Kultury w Pilźnie i 26 w Dębicy w DK Mors – rejestrujemy się do bazy DKMSu Przez jakiś czas zastanawiałam się, dlaczego ksiądz zdecydowała się na przebranie. Pomijam fakt, że tematyka kazania była ściśle dopasowana do jego stroju. Na przykładzie zgubionej biedronkowej kropki, wyjaśnił zgromadzonym na czym polega białaczka limfatyczna, na którą cierpi Gabrysia i wielu innych ludzi na całym świecie. Pytanie brzmi, czy nie mógł tego wyjaśnić bez biedronki? Otóż ksiądz Mariusz wyszedł przed szereg i prócz rozpropagowania akcji rejestracji do DKMSu, zrobił coś jeszcze. Ten sam zabieg zastosowali bracia McDonalds, którzy prócz serwowania tylko szybkiego jedzenia, do zestawów dokładali zabawki, by przyciągnąć i przyzwyczaić do swojej marki dzieci. Te, pamiętając nawyk Fast food + zabawka w perspektywie czasu – przyprowadzą też swoje pociechy. I tak dalej i tak dalej. McDonalds zarabia i powiększa grono klientów w może trochę perfidny sposób, ale skuteczny. Skuteczny i właściwy sposób znalazł też ks. Mariusz, już w małych dzieciach zaszczepiając informację o wadze pomocy chorym na białaczkę limfatyczną. Zamiast zabawki dołożył biedronkę, która jak kotwica dziś dzieciom, a jutro dorosłym będzie przypominać o DKMSie oraz propagowaniu rejestracji w celu znalezienia „genetycznego bliźniaka” Brawo ks. Mariuszu. Czekamy na kolejne pomysły.
 

Dębiczanom prezentacje się przejadły

 
KAMPANIA TO, CZY NIE KAMPANIA? Za niecały miesiąc czasu wybierzemy burmistrza miasta Dębicy oraz radnych, którzy prężnie będą reprezentować interes społeczny. W związku z tym zewsząd otaczają nas mniej lub bardziej zaawansowane kampanie wyborcze kandydatów na te jakże ważne społeczne stanowiska. Jednak okres przedwyborczy to nie tylko kampanie, a również czas rozliczeń przez wyborców tych, którzy przez 4 lata, a nawet więcej mieli nie jedną szansę, by coś zmienić, a mimo to nie skorzystali z niej. Za to w rozpaczy przedwyborczej, kiedy ponownie trzeba wzbudzić, niejednokrotnie mocno nadszarpnięte zaufanie, postanowili pochwalić się tym co w małym lub niewielkim stopniu dokonali. Problem w tym, że ludzie mają dość obietnic i chwalenia się małymi sukcesami. Małymi w stosunku do pozostałych nierozwiązanych problemów, które skutecznie utrudniają ludziom codzienne życie. PRZYJECHALI Z S19, A LUDZIE O POWIATOWEJ ROZMAWIAĆ CHCIELI… Przykładem sytuacji, do której wprowadzam Państwa powyżej, jest zdarzenie, które miało miejsce tydzień temu w Starostwie Powiatowym w Dębicy. Otóż została zorganizowana konferencja, na której pojawił się sam Marszałek Województwa Podkarpackiego – Władysław Ortyl. Z-ca Dyrektora ds. inwestycji z GDDiK Rzeszów – Wiesław Sowa, poseł – Jan Warzecha i oczywiście Starosta Powiatu Dębickiego – Władysław Bielawa. Na spotkanie, przez samego Marszałka jako organizatora,  zostali zaproszeni samorządowcy z terenu Dębicy, którzy w mniej lub bardziej zaawansowanej liczebności pojawili się na sali oraz NIEZAPROSZENI mieszkańcy rejonu Zawierzbia, które martwi się sytuacją jaka spadnie na ich barki po otwarciu łącznika autostrady, już przed 1 listopada. Obecnością kilku osób, które ewidentnie dawały do zrozumienia, że nie mają zamiaru słuchać przygotowanych, nudnych prezentacji o tym jak to województwo jest wspaniałe pod względem budowy infrastruktury, był zaskoczony sam Marszałek. Szczególnie gdy już na samym początku jeden z zniecierpliwionych mieszkańców zakomunikował wprost, że jest z Dębicy i chciał by się dowiedzieć czegoś konkretnego na temat właśnie Dębicy, a konkretnie drogi powiatowej, biegnącej przez Zawierzbie, którą z autostrady będą zjeżać kierowcy już za ok. 2 tygodnie. KONFERENCJA PRASOWA DLA ROZŁADOWANIA EMOCJI Została zwołana po kilku uwagach pokroju, wyżej przytoczonej. Jako przerywnik w już wystarczająco napiętej atmosferze na Sali obrad, w której czekali mieszkańcy na dyskusję i debatę o tym, że mają problem, czyli o tym, czego zrobić się nie udało, a nie o tym, co zrobiono, a co nijak się ma do skali panującego problemu. Problem w tym, że mimo, iż wszyscy zgromadzeni na sali, zarówno samorządowcy jak i media, o Dębiczanach nie wspominając, trafnie zauważyli, że z zaplanowanej prezentacji, nici. Mimo, to podczas konferencji prasowej cała Czwórka, jedynie chętnie i rzeczowo odpowiadała tylko na temat tego, co albo było związane z tematem prezentacji, albo o czym mówić było wygodnie. Niewygodnie np. mówić było o tym, że na modernizacją drogi powiatowej pieniądze były. Był tez czas i zapotrzebowanie ze strony mieszkańców, którzy już dziś zgłaszają problemy z wyjazdem ze swoich posesji. Niestety, nie doczekali się żadnych konkretów, ani deklaracji, tym bardziej pisemnych kiedy Starosta zechce się zając dręczącym ich problemem, przywołując kilka niezbyt chwalebnym dla Pana Bielawy zdarzeń z wcześniejszych spotkań. Pan Starosta, zaprzeczył, że problem i oczekiwania porównał do „kwadratowych jaj”, jednak rozmawiając na ten temat z mieszkańcami jak i samorządowcami, trafnie stwierdzili, że gdy by było to kłamstwem, po pierwsze Pan Bielawa by się bronił, a po drugie owa mieszkanka Zawierzbia widząc Marszałka i kordon mediów nie odważyła by się aż do tego stopnia naciągnąć rzeczywistości. WNIOSEK Przykro mi bardzo, ale wychodzi na to droga panująca władzo, że ludzi przejrzeli na oczy i mówiąc krótko, mają dość. Dość obietnic, dość laurek, medali, odznaczeń, pomników, chwalenia się kawałkiem chodnika, gdy trzeba drogę poszerzyć, by nie doprowadzić do tragedii. Dość mają robienia z siebie idiotów i chowania się za szyldem partyjnym. Dość mają kłamstw i co ważne, analizując ostanie zdarzenie, które miało miejsce w Starostwie, posuną się do granic swoich wszelkich praw, by osiągnąć gwarantowane im rozwiązania.  
 

Polityczny facebook.

 
W POLSCE PO NK Początkowo miał służyć komunikacji pomiędzy uczniami szkół średnich i wyższych. Zaprojektowany w 2004 roku przez Marka Zuckerberga, zarejestrowanym użytkownikom dawał możliwości tworzenia sieci grup, publikowania zdjęć, przesyłania wiadomości i filmów, a z czasem jeszcze innych, bardziej zaawansowanych możliwości, również niestety odpłatnych. W Polsce przejął pałeczkę po Naszej Klasie – Portalu dla „ludzi z klasą”, który sami jego użytkownicy, przekształcili w publiczny burdel. Toteż z Naszej Klasy – zrobiło się NK – i słusznie. SOCIAL… Portal społecznościowy, bo takim właśnie jest FB z czasem stał się wielką machiną. Zbiorem wielu cennych informacji, bzdur, kompromitacji i paradoksów. Dziś zajmę się tym ostatnim w ujęciu politycznym, a ściślej mówiąc przedwyborczym. OCIEPLANIE WIZERUNKU… Jak wszystkim wszem i wobec wiadomo, wielkimi krokami zbliżają się wybory. Zawisły już pierwsze banery wyborcze. Ruszyły kampanie, spoty, krócej mówiąc czuć w powietrzu, że miasta, gminy i powiaty czekają wielkie zmiany, albo żadne zmiany, choć w nie jednym przypadku, nic dobrego z tego dla ludzi nie wyjdzie. Kampania wyborcza to nie tylko przygotowanie programu wyborczego, kilku banerów, czy przemówień w mediach i do ludu, to również zabieg, który nazywa się ociepleniem wizerunku. Więc w związku z tym wizerunkiem, również FB poszedł w ruch. JAK PRZYSZŁE MGIERY. Akcja „wklejam na FB zdjęcie, które będzie na plakacie wyborczym” uważam za już otwartą, a przypomina mi inną - jakiej corocznie poddają się przyszli magistrowie, przed obroną, gdzie jeden za drugim, ledwo odbierze foto od fotografa od razu klap na wall of FB. Z ZAMKNIETYMI OCZAMI… I RĘKĄ W KIESZENI. W związku z powyższym każdy laik, który nie jest za pan brat ze światem regionalnej polityki, przeglądając zdjęcia na facebooku bez czytania nazwisk wie, kogo zobaczy na plakacie wyborczym. Dlaczego? Bo te zdjęcia mają w sobie coś. Tutaj ręka w kieszeni, tam dwie, tutaj marynarka na ramieniu, tam rzucone w dal spojrzenie, tu gryzie oprawkę okularów, tam zakłada ręce, tu kciuk do góry, tam pokazuje palcem w sumie nie wiadomo co, ale pokazuje. Przyglądający się tym fotografiom, dowiedziałam się, że co niektórzy samorządowcy nawet potrafią się uśmiechać – przynajmniej na zdjęciach. Miło by było, gdy by swój wykreowany w większości przypadków, przez fotografa lub agencje reklamy, wizerunek przenieśli do rzeczywistości. W końcu owe ocieplenie wizerunku powinno być stałe, a nie chwilowe. CZY Z GŁOWĄ? Cały zabieg wklejania zdjęć, z powodu których nie jeden dębicki, a może i rzeszowski fotograf miał pełne ręce roboty jest ok, jeśli jest przemyślany, a po właścicielu profilu widać, że ma głowę na karku i to nie od kilku dni, tylko co najmniej miesięcy a najlepiej lat. Otóż niewyobrażalnym paradoksem są sytuacje, w których posiadacz konta przez długie miesiące wkleja na ścianę różne mniej lub bardziej idiotyczne informacje. To jakiś kawał, to że grał w grę, to, że brał udział w quizie, to zdjęcia, na których jak by wczorajszy, to 50 fotek z psem lub wnukiem, czy dzieckiem , aż tu nagle poważne zdjęcie – wyborcze. Pisząc na wstępie o paradoksie – właśnie to miałam na myśli i niestety takich profili wśród dębickich kandydatów na samorządowe stanowiska doszukałam się wielu. NIC NIE ZGINIE… Na marginesie, nie muszę chyba przypominać, że nawet usuwanie w pośpiechu kompromitujących materiałów, nic nie da, ponieważ tzw. internety wszystko przechowują w pamięci i na serwerach. W związku z tym dobry programista odszuka to, co może już i nie wisi na ścianie, ale w sieciowych przestworzach na pewno fruwa. ROZSĄDNE WYJŚCIE? Oczywiście, że jest. Zawsze jest. Jeśli szczególnie młodych, poszukujących pracy ludzi, przed przyjęciem na renomowane stanowiska, sprawdza się również pod względem tego co zamieścili na portalach społecznościowych, to logicznym jest, by ta sama zasada odnosiła się również do kandydatów na rządzących, czy radzących. ZASTANÓW SIĘ… Dobrym i bardzo trafionym pomysłem jest nic innego jak, albo po pierwsze, dłuższe zastanowienie się przed wrzuceniem czegokolwiek na tzw. walla. Lub założenie tzw. fan page’a , który jest profilem reklamującym firmę, produkt lub osobę. Dzięki takiemu rozwiązaniu, rozdzielamy życie na prywatne i zawodowe – polityczne. Na prywatnym profilu wolno nam wklejać np. te 50 zdjęć z pupilem, czy wnukiem, czy dzieckiem, czy pupilem i wnukiem i dzieckiem, natomiast w przypadku fan page’a udostępniamy informacje i zdjęcia ściśle związane z działalnością, którą prowadzimy, czyli np. polityczną. Prowadzony w tematycznej konwencji, nie zdziwi, gdy nagle pojawi się zdjęcie wyborcze pod plakat na słupa, bo takich fotografii będzie tam o wiele więcej. Więc powodzenia drodzy kandydaci, oko wielkiego social – brata patrzy na Was.
 

Jadwig nie było, bo nas jeszcze o kampanię wyborczą posądzą.

 
O MIEŚCIE, KTÓRE KULTURĄ STOI W PLENERZE. Nawet jeśli pogoda nie dopisuje, a wiele dębickich imprez plenerowych zaliczyło wpadkę pogodową, to i tak rozrywka w Dębicy stoi w plenerze. Do uprawiania takiej formy rekreacji kulturalnej, miasto ma sporo miejsc. Jednym z nich jest Rynek Główny, który, mimo, że swój dawny urok już dawno stracił, to nadal wytrwale służy koneserom kultury, np. ludowej. A KRYSIE PRZYJECHAŁY… Tak też było w ubiegłą sobotę. Pogoda spisała się na medal. Zresztą miała powody, bo w Dębicy miał miejsce I Ogólnopolski Zjazd Jadwig, czyli pań o tym urodziwym imieniu, na cześć patronki miasta. Problem w tym, że Jadwigi trochę nie dopisały, bo naliczyłam ich kilkanaście. Dla porównania w marcu tego roku w Białymstoku miał miejsce Ogólnopolski Zjazd Krystyn, który zgromadził ponad 500 pań o tym równie pięknym imieniu. Pojawiła się nawet sama Pani Premierowa, co prawda nie Krystyna, ale być była. Jadwig widocznie w Polce mamy mniej, może i w Dębicy jest ich niewiele, a może Panie zjadło lenistwo i się nie pojawiły, czego nie można powiedzieć o najmłodszej – 5 –miesięcznej, która przyjechała z rodzicami z Krakowa. A może impreza została zbyt słabo rozreklamowana, lub tego typu spotkania z ludowa nutą w tle nie cieszą się po prostu zbyt wielkim zainteresowaniem w mieście. JAK SIĘ CHCE TO SIĘ MOŻE… ALE WYBORY ZA PASEM Jak zakomunikował jeden z przybyłych mieszkańców, na wyrobienie frekwencji Jadwig, wystarczyło spisać panie z kronik z Urzędu Stanu Cywilnego, przesłać zaproszenia i na pewno przynajmniej połowa z nich na Rynku w sobotę by się pojawiła. Rozmawiając z jedną z organizatorek imprezy, dowiedziałam się, że znikoma ilość Jadwig była CELOWA. A wszystko dlatego, że w imprezie brał udział obecny Zastępca Burmistrza Jerzy Gągała, który przymierza się do zajęcia fotela włodarza miasta po Wolickim Pawle. W związku z powyższym organizatorzy wraz z samym Panem Gągałą, nie chcieli, by wzmożona ilość Jadwig na Rynku Głównym, była odebrana jako kampania wyborcza tegoż kandydata. A BIULETYN I FIGURKI Z GLINY, TO NIBY CO? Osobiście powiązania faktu kampanii wyborczej z Jadwigami nie rozumiem. Bo gdy by w planie była darmowa kawka i ciacho, z której finalnie zrezygnowano, by nie zostały odebrane jako kiełbasa wyborcza – jak najbardziej jest to logiczne. Ludzie jak coś dostają – tym bardziej za darmo, nie ważne, czy kawałek kolorowego papieru, czy kwiatka z bibuły, węszą podstęp, tym bardziej przed wyborami. Czemu, natomiast Pani Małgorzata jako argumentu użyła znikomej frekwencji Jadwiś, nie wiem. Może po prostu tego typu jarmarkowe imprezy nie cieszą się popularnością wśród Dębiczan, może mieszkańcy oczekują czegoś innego niż oscypka, miodu i kolorowych ozdób, czy biuletynów miejskich i glinianych tabliczek. BIULETYN Z KOGUCIKIEM Jeśli celowo zadbano o znikomą liczbę Jadwig, by nie zostać posądzonym o kampanie wyborcza Pana Gągały, to ja się pytam w jakim celu, podczas I Ogólnopolskiego Zjazdu Jadwig były rozprowadzane DARMOWE biuletyny miejskie, w których jeszcze raz wielkimi obrazkami przypomniano mieszkańcom, że w Dębicy remonty były i to jak dużo i na jaką skalę, oraz co miał na myśli Pan Gągała wręczając wszystkim zebranym glinianą tabliczkę z breloczkiem, że niby Jarmarki, niby twórczość ludowa, niby 2013 rok, niby kogucik, a na obramowaniu jak byk pisze JERZY GĄGAŁA 2014? Wybaczcie Państwo, ale fakty kupy mi się nie trzymają. KAŻDY MA JAKIŚ CEL, MAM TEŻ JA. Pisząc teraz te słowa, układając je w zdania, nie robię tego dlatego, że mi się nudzi, lub ze względu na to, że dopadła mnie wena dziennikarska, która za godzinę minie. Mam w tym moim pisaniu swój cel. Chce przekazać informację. Ktoś, kto będzie to czytał, a następnie analizował, odbierze moją intencję wypowiedzi, jako to na co będzie mu to wyglądało. Podobnie jest z promocją w sklepie. Właściciel nie robi promocji, by pozbyć się towaru, lub zrobić przysługę kupującym, on chce tych kupujących do siebie przekonać, do sklepu, do marki, finalnie osiągając coraz większe finansowe zyski. Bo tak to już jest, że gdy dostajemy coś za darmo, cieszymy się jak dzieci, bez względu co to jest i czy nam się do czegokolwiek przyda. Na marginesie, jeśli ktokolwiek chce mnie przekonać do siebie, to informuję, że moją pasją jest krawiectwo. Z gliną natomiast mam niezbyt przyjemne wspomnienia, jako dzieciak najadła się jej w niemałych ilościach, skończyło się na pogotowiu – niezbyt przyjemne wspomnienia i nawet kolorowy kogucik tego nie zmieni. Tych samych zabiegów używają kandydaci, czy to na radnych, czy na burmistrzów, to tzw. kiełbasa wyborcza. I o ile, jest nią i NIKT SIĘ TEGO NIE WYPIERA jest ok, ale jeśli skromne podarunki wraz z biuletynem, który równie dobrze mógł by nosić tytuł: „Patrz człowieku, nowe chodniki - głosuj na mnie, bo tak”, są traktowane jako TABU, a uwaga mediów odwrócona w kierunku kilku Pań, których celowo jest tyle, co kot napłakał, co powtarzam, nie ma to dla mnie żadnego związku z kampanią wyborczą – to jest to proszę Państwa bardzo nie tak. JEDEN ZA WSZYSTKICH, WSZYSCY ZA JEDNEGO… Jeśli zwykła debata organizowana przez Jarosława Śliwę, która miała na celu wskrzesić dębicki sport, podczas której prócz dyskusji i szukaniu rozwiązań, nikt niczego do ręki nie dostał, była traktowana jako wiadomo co, to tym bardziej kilkudziesięciostronicowy biuletyn miejski zbierający inwestycje z 4 lat (których, jak już wiemy, było mało i na ostatnią chwilę, bo Rada Miejska Wolickiemu pieniędzy nie dał), jest traktowany jak wiadomo co. Jeśli niedawno utworzona strona internetowa Mariusza Trojana, w której opisuje siebie w samych superlatywach, wyciągając przez Internet rękę do wyborcy w celu dyskusji i rozmów, szkoda, że nie podczas realnej piątkowej debaty, jest traktowana jak wiadomo co, to tym bardziej gliniana tabliczka z kolorowym kogucikiem i drukowanym napisem JERZY GĄGAŁA, jest wiadomo czym. Panie Zastępco, osobiście nic do Pana nie mam, bo Pana nie znam, ale to co się w koło Pana osoby dzieje, dzięki ludziom współpracującym z Panem, również na rzecz nadchodzących wyborów, to mi się włos na mojej fotoreporterskie głowie jeży. Mówiąc, krócej, czasem lepiej ugryźć się w język, niż paplać pięć po pięć, para piętnaście, jak to mówi moja ciotka Krystyna, która na zjazd Kryś ponad 400 km przejechała, bo chciał tego organizator i ona sama też tego chciała.
 

Kto winny zacofaniu Dębicy? Rada Miasta.

 
Do tego, że ani jeden Zastępca Burmistrza Wolickiego, ani drugi, obecnie były Zastępca, nie jest odpowiedzialny za to co się w mieście dzieje już się przyzwyczaiłam. Słyszałam to usprawiedliwienie, na tyle wiele razy i od samych zastępców i od współpracowników, że wystarczająco mocno zapisało się w moich szarych komórkach. Swoją drogą oczywiście z tym zrzucaniem odpowiedzialności na włodarza miasta się nie zgadzam. Najłatwiej bowiem jest powiedzieć, że nic się nie dało zrobić, że decydował Wolicki i żadne prośby ani groźby nie były w stanie go przekonać. Ani w sprawie doprowadzenia do remontu DK Mors, czy nie wydawania pieniędzy podatników na wyprawki dla dzieci. Ale tego, że ktokolwiek będzie w stanie mi wmówić, że sam Burmistrz Wolicki również za nic w mieście nie jest odpowiedzialny to się nie spodziewałam. Ale cóż, trafiłam na lojalną informatorkę - Małgorzatę, która na wstępie rzuciła, że za Wolickim nie jest, ale braku wdzięczności ze strony mieszkańców nie potrafi zrozumieć. Narzekają, że remonty w mieście, że chodniki rozkopane, że drogi pozamykane, a przecież Burmistrz nie mógł wcześniej nic zrobić, bo nie miał pieniędzy, a nie miał bo mu radni nie dali. Tak drodzy Państwo za to, że Dębica rozkopana odpowiada rada miasta, ponieważ tak głosowała, by Wolicki grosza nie dostał na planowane od lat remonty. Tak, dopiero na zakończenie kadencji radni stwierdzili „A dobra zagłosujemy i damy temu Wolickiemu, parę groszy z budżetu, niech coś na pożegnanie zrobi” Nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Stojąc kilka godzin temu pomiędzy tymi starociami i kolorowymi wycinankami, też nie wiedziałam i pewnie długo się to nie zmieni. A co do owej Pani Małgorzaty, która chyba chciała mnie poinformować, jak to w Ratuszu kłody pod nogi radni, burmistrzowi rzucają, nie pomyślała o jednym. Mianowicie, jeśli rada składająca się albo z dawnej koalicji Wspólnoty Ziemi Dębickiej i PiSu, albo PiSu głosuje przeciw Wolickiemu, który na burmistrza z ramienia PiSu startował, to coś tu nie gra i się kupy nie trzyma. Po drugie droga Pani Małgorzato, wspominając nie jedną sesję rady miejskiej,(od czasu gdy mam je okazję obserwować) nie przypominam sobie, by którykolwiek z radnych PiSu, lub dawnej koalicji głosował przeciw temu, co chciał Wolicki. Jedynymi, głosujący „przeciw”, byli radni opozycji, a tych na palcach jednej ręki można policzyć. Po trzecie szanowna Pani Małgorzato, jeśli radni nie radzili na rzecz Wolickiego, to znaczy, że się nie mogli z nim dogadać, a to z kolei znaczy, że z Wolickiego był kiepskim menadżerem. W związku z powyższym, z której strony, by tematu nie zajść i tak wychodzi na to, że albo jest Pani „za” obecnym burmistrzem, tylko Pani obrona nie wyszła, a to ze względu na zebrane nauki dziwne, albo załagodzenie sytuacji pt. „przez 4 lata nic nie zrobił” ma na celu rozciągnięcie parasola ochrony nad obecnym Zastępcą, który odpowiada za inwestycje, gospodarkę przestrzenną oraz infrastrukturę miejską,  Więc w gruncie rzeczy, jego za remonty na ostatnią chwilę, też można rozliczać. Chociaż nie, zapomniałam, przecież on nic nie mógł zrobić, bo o wszystkim decydował Wolicki, którego też rozliczać nie można, bo wstrzymywała go rada. Rozumiecie Państwo coś z tego bałaganu? Wychodzi chyba na to, że przez ostatnie 4 lata jak nie 8 Dębica nie miała burmistrza, bo dziś żadnego z trzech nie można za nic pociągnąć do odpowiedzialności. Zasłyszane od mieszkańca: "Chcesz zobaczyć jak wygląda miasto rządzone przez PiS? Przyjedź do Dębicy".
 

Być na fotografii wg samorządowców z pro partii

 
Wertując Internet w poszukiwaniu… szczęścia medialnego, znów udało mi się natrafić na kilka słów, które zatrzymały mój wzrok i wzbudziły refleksję, którą postanowiłam się z Państwem podzielić. Mianowicie chodzi o bywania na fotografiach. Okazuje się, że to bywanie na zdjęciach, co po mojemu, czyli po dziennikarzowemu znaczy wpychanie się przed obiektyw, co uwierzcie mi Państwo, zdarza się bardzo często, jest poświadczeniem aktywnej działalności pro partia.   Ale mnie to powiązanie „zdjęcie + aktywność” w głowie się nie mieści. Może dlatego, że za dużo tych zdjęć zrobiłam, za dużo słyszałam i za dużo widziałam – tego czego na żadnym zdjęciu nikt z Państwa nie znajdzie… W związku z tym śmieszy mnie i martwi, stwierdzenie, że ktoś aktywnie się angażował bo był na zdjęciu. Ludzie, proszę oprzytomnijcie. Analizując różne zdarzenia, zarówno polityczne jak i stricte społeczne, czy kulturalne, o których było mniej lub bardziej głośno w mediach, mam wrażenie, że powoływanie się na zdjęcia jako dowody jest łapaniem się ostatniej deski ratunku. Baa… Jeśli któryś z kandydatów na burmistrza, bo temat związany z foto takiego pana dotyczył, rzeczywiście na tej fotografii, czy kliku zdjęciach jest, to ja pytam, po co jeszcze o tym pisać? Po co ? Czy to nie jest przypadkiem traktowanie odbiorców jako, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu. Przecież jeśli patrzę na zdjęcie, to widzę, tak. Tym bardziej jeśli fotografia przedstawia osobę, która przewija się przez media co drugie wiadomości i wywiady. Na marginesie z punktu widzenia osoby, która bardzo, ale to bardzo ceni ludzi, którzy w przeciwieństwie do tych, co czas marnotrawiony na czekanie w kolejce do zdjęcia, poświęcają na działania nie pro partia, tylko pro społeczeństwo, uważam że nie chodzi o to by na zdjęciach być. Chodzi o to, chociaż to trudniejsze, by mimo to, że na zdjęciu kogoś nie ma i tak cała opinia publiczna wie, kto jest inicjatorem zdarzenia, koncertu, warsztatu, posprzątanej ulicy, chodnika wyremontowanego na czas, nowych dróg przebudowanych w oparciu o dobro społeczne, nowych miejsc pracy, polityki przyjaznej rodzinie itp. Itd. Tak to jest bardzo trudne zadanie, życzę więc wytrwałości w realizacji. Aha i jeszcze jedno, tak to już jest, że tak jak studentom trudno nadrobić cały semestr w tydzień, tak i niektórym samorządowcom może być bardzo trudno w miesiąc nadrobić dwie zmarnowane kadencje.
 

Medal w łapę i drzwi, bo miało być tylko godzinę

 
Prawie tydzień temu w Miejskim Ośrodku Kultury MORS odbyła się uroczystość upamiętniająca 75 rocznicę powstania Polskiego Państwa Podziemnego. BYŁ CHÓR? Było to wydarzenie dwudniowe, ale podzielę się z Państwem relacją i gorzkim spostrzeżeniem tylko z pierwszego dnia. Dlaczego gorzkim, cóż tak pewnie wyszło, a może wychodzi tak zawsze, tylko tradycyjnie nie zwracamy na to uwagi. Do dziś zastanawia mnie co czuli przedstawiciele strzyżowskiego chóru, który z całą pewnością włożył ogrom starań w przygotowanie do występu na deskach MORSów, ale miał przyjemność zaśpiewać tylko przed garstką najwytrwalszych zacnych staruszków. ŻEBY TE DWOJE CHCIAŁO NA RAZ… Społeczeństwo do wydarzeń kulturalnych podchodzi dość specyficznie. Nasuwa mi się na myśl określenie: „O to cały ambaras, żeby dwoje chciało na raz” Podobnie jest w Dębicy. Z jednej strony toczy się otwartą batalię podczas remontu Domu Kultury MORS o to, że miał być, a go nie ma. Słowa krytyki ciskają się na prawo i lewo. Zarówno do władz, czyli Burmistrza Wolickiego, radnych, którzy gdzieś tam coś tam obiecali i samej Dyrektor MORSów – Pani Elżbiety Kęsik. Nagle społeczeństwo Dębicy zatęskniło za kulturą i będzie jej bronić własną piersią. Z drugiej strony, gdy już coś się dzieje, a ostatnio w dziedzinie rozrywki w Dębicy dzieję się sporo. Koncerty na Rynku Głównym, pikniki, pieczone ziemniaki, batalie wojsk na Wałach, wernisaże i historyczne rocznice. Okazuje się że Dębiczanie, szczególnie w przypadku tych ostatnich są średnio zainteresowani. PUBLICZNOŚĆ BYŁA NIE BYLE JAKA A nawet powiedziała bym, że wcale. Bo jeśli wchodzi się na salę zapełnioną po brzegi w większości młodzieżą z pobliskich szkół, która już na pierwszy rzut oka ma wszystko i wszystkich gdzieś, do tego kilku przedstawicieli władz, którzy byli, bo coś tam mieli dostać, a w sumie nie byle co, bo odznaczenia Pro Partia – wiadomo jaka, z małą wkładką w środku. Do tego kilku nauczycieli, którzy równo z dzwonkiem, a nie zakończeniem uroczystości opuścili salę, dając jednocześnie do zrozumienia podopiecznym – widomo co. Była też młodzieżowa grupa teatralna SAFO, która ostatkiem sił przekonywała, że młodzież na patetyczną kulturę chadza często. I na koniec, Ci którym zawsze się chce, chciało się też te 75 lat temu, może właśnie dlatego dziś posługujemy się polskim językiem i mieszkamy w Polsce, a nie w Rosji, czy w Niemczech. MEDAL W ŁAPĘ… Rozpisałam się, więc do rzeczy. W tytule zawarłam niezbyt pochlebne zdanie: „Medal w łapę i w drzwi, bo miało być tylko godzinę”. Tak drodzy Dębiczanie, taką sceną uświetnili zaproszeni goście 75 rocznicę powstania Państwa Podziemnego. Ciekawa jestem, czy Pan profesor Andrzej Olejko, prowadząc podczas tej uroczystości wykład na temat lotnictwa, przewidział, że brak kultury to nie tylko domena młodzieży, a również zajmujących wysokie stanowiska władzy? Szkoda, że podczas spektakularnego opuszczania przez nie sali, nie wyszedł ponownie, by skomentować owy brak szacunku do tematu i ludzi, dzięki którym chodzimy dziś po polskiej ziemi. No chyba, że mieliśmy do czynienia z sytuacją, którą określa pewne inne stare powiedzenie: „Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie”. KEREM. Bywa. Jednak po raz kolejny powtórzę, nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak przykro musiało być grupie chóralnej KEREM, która śpiewała tylko dla kombatantów, którzy mimo, że sami chodzić nie mogą, są schorowani. Dali radę i pozostali do końca. Też zostali odznaczeni, ale nie przyszli tylko po medale w przeciwieństwie do odznaczonej rzeszy urzędniczej – tej trzeba było przypomnieć, by po przerwie technicznej powróciła na swoje miejsca. Cóż myślałam, że jest to oczywiste,. Widocznie nie dla wszystkich…
 

„Kocham życie, a nie bicie” Czyli co widział reporter przy Brzegowej, za plecami tych co zobaczyć powinni?

 
Długo, naprawdę bardzo długo zastanawiałam się, czy napisać ten felieton. Musiałam ochłonąć, przeanalizować wszelkie za i przeciw. Przetłumaczyć sobie jak takie sytuacje mogą dziać się na oczach tych, którzy teoretycznie powinni dawać przykład, tym bardziej, że sami do dawania przykładu namawiali, o czym pisaliśmy tutaj: http://miasto.debica.pl/aktualnosci/pokaz/15437/NASZ+PROBLEM+SPOLECZNY+WYRASTAJACY+W+KULUARACH+DEBICKIEGO+RYNKU.+WYPROWADZIC+GDZIES+BO+CHCEMY+MIEC+SPOKOJ#.VCpacXJ_t1g O co mi chodzi? W ubiegłą sobotę, przy ul. Brzegowej, na deskach starej Muszli Koncertowej, przylepionej konstrukcyjnie do budynku Centrum Integracji Społecznej, odbywał się Festyn pt. „Kocham życia, a nie bicie”. Była to już druga edycja tej szlachetnej akcji. (Krótka relacja i foto tutaj: http://miasto.debica.pl/aktualnosci/pokaz/15471/Kocham+zycie+a+nie+bicie+II+Rodzinnie+wesolo+i+tym+razem+bez+mandatu.#.VCpbkXJ_t1g Imprezę można uznać za ogólnie udaną. Pogoda się poprawiała, co zaowocowało przybyciem wielu rodzin z dziećmi, nie tylko z Osiedla Słonecznego. Dzieciaki były w siódmym niebie. Tyle atrakcji w jednym miejscu nie zdarza się codziennie, tym bardziej, że były darmowe. Prócz zabaw dla najmłodszych, trochę starsi mogli skorzystać z profesjonalnych porad specjalistów w ramach przeciwdziałania przemocy. Pojawiła się Policja, Dyrekcja MOPSu, pracownicy socjalni, terapeuci, a nawet sami radni. Mówiąc krócej ten inny świat, tych innych ludzi. Sięgając pamięcią do wcześniejszych imprez, szczególnie plenerowych, osób z grona radzących na rzecz dobra społecznego przypomnieć sobie nie mogę, szczególnie w większych ilościach. No ale cóż, być może to magia jesiennej aury tak wpłynęła, a być może inne, czekające Dębice wydarzenia. Tego nie wiem. Jak było tak pięknie i cudowanie, to o co mi w takim razie chodzi? Przemierzając plac przed muszlą i park, chyba dwudziesty już raz z kolei dla 234 zdjęcia, stanęłam jak wryta i tak stojąc wpatrywałam się w pewien zbyt wiele mówiący obrazek. Kilka metrów od rozłożonych zjeżdżalni i trampolin, na których bawiły się dzieci jest stara, niedziałająca fontanna. Wokół niej ławeczki, a na nich siedzi czterech panów. Na oko wczorajszych. W ręku puszka z piwem. Po drugiej stronie fontanny, jakieś dwa metry od kolorowych piłeczek stoi trzylatek, znudzony zabawą, idzie do mamy, przyglądając się tym wczorajszym panom. O coś pyta, matka mu tłumaczy, przytula. Tematu rozmowy niestety nie znam, ale odwracając głowę w lewo widzę inną scenę. Trochę dalej stoi śmietanka dębickich władz, społeczników i służb. Sytuacji, która w tym samym czasie rozgrywa się za ich plecami nie widzą. Rozmawiają, dyskutują, są w świetnym humorze. Ciekawa byłam reakcji po odwróceniu wzroku w kierunku starej fontanny, ale się niestety nie doczekałam. Stałam jeszcze kilka minut, przerzucając wzrok to na bawiące się dzieci z wczorajszymi panami w tle, to na chichoczących przedstawicieli społeczeństwa i władz. Brak mi słów, by określić myśli, które kołatały się w mojej głowie. Emocje sięgały zenitu, tym bardziej, że kilkanaście dni wcześniej, przygotowywaliśmy materiał na prośbę zaniepokojonego społeczeństwa, właśnie na temat osób bezdomnych, uwikłanych w nałogi, które przesiadują w parkach i innych miejscach przeznaczonych dla rekreacji. Rozmawialiśmy z pracownikami socjalnymi, noclegownią, psychologami, socjologami, policją, strażą miejską, a nawet samymi władzami i samorządowcami. Wniosek z przeprowadzonych wywiadów wszystkim nasuwał się tylko jeden. Jeśli Dębiczanie chcą zmian, a osoby bezdomne i nietrzeźwe przeszkadzają, swoim przesiadywaniem, to sami powinni wyciągnąć do nich rękę. Porozmawiać, zaproponować pomoc. Nie ma co wymagać tylko do służb porządkowych i pracowników socjalnych, że jako jedyni sprawą się zajmą. I tutaj pełna zgoda, chcesz coś zmienić, sam zacznij działać, jako mieszkaniec miasta, jako człowiek. Tylko przepraszam bardzo, ale z mojego punktu widzenia, każdy samorządowiec, strażnik, policjant, czy pracownik socjalny to też Dębiczanin. Dlaczego w takim razie mając świetną ku temu okazję nie da przykładu innym mieszkańcom i nie porozmawia, nie zaproponuje pomocy? Pytam po raz kolejny dlaczego? Bo, mimo, że minęło już kilka dni, nadal w głowie nie mieści mi się sytuacja, która miałam okazję zobaczyć na własne oczy przy Brzegowej na pikniku pod tym szczytnym hasłem.
 

Jak to Radni stanowisko w spr. żywych cyrków zajęli.

 
Kilkanaście dni temu dębicką opinię publiczną obiegła informacja, pod szczytnym hasłem: „Radni zajęli stanowisko w sprawie żywych cyrków w Dębicy”. Było to kilka dni po wrześniowej sesji Rady Miasta. Obrońcy zwierząt zachwyceni, ci którzy podpisali petycję zakazującą udostępniania terenów żywym cyrkom wniebowzięci, ponieważ w końcu jest szansa, że coś w tym temacie się zmieni. I to wcale nie tak mało. Temat żywych cyrków z jednej strony wydaje się być bardzo oczywisty. W ciągu kilku ostatnich lat dobiegły do nas przerażające informacje i zdjęcia, jak tak naprawdę wygląda tresura cyrkowych zwierząt. Te które na co dzień powinny biegać po sawannach w swoim naturalnym dzikim środowisku, zostały zaadaptowane do widowisk, robiąc nie dzikie sztuczki o  satysfakcji finansowej, właścicieli cyrków nie wspomnę. Każdy z nas jako dziecko, chodząc do cyrku, nie myślał jak wygląda życie za opuszczoną kurtyną, po spakowaniu namiotu i wpędzeniu słoni, czy lwów do wielkich samochodów. Dzisiaj to wiemy, ale czy wiedzą coś na ten temat dębiccy Radni? Tego nie była bym już taka pewna. Sprawa została poruszona, jak po sesji na stronie skomentował jeden z samorządowców, tylko dla tego, że na sali znajdowała się przedstawicielka dębickich Animalsów. Gdy by jej nie był, zajęcie jakiegokolwiek stanowiska, a nawet podjęcie tematu należało by między bajki włożyć. Pominę fakt, że punkt pt.: Co dalej z żywymi cyrkami?- Nie był wpisany do planu obrad, mimo, że jeszcze podczas wakacji Pani Rzecznik Prasowa podczas telefonicznej rozmowy, gorliwie zapewniała, że Burmistrzowi i całej gromadzie bardzo zależy by zrobić wszystko co w ich mocy, dla tych biednych zwierząt. A jak wyglądało owe zajęcie stanowiska? A no tak, że tak jak to zawsze podczas sesji bywa, jedna grupa radnych z obozu rządzącego siedzi po jednej stronie stołu, za przepaścią, w którą zwykle wchodzą dziennikarze, by zrobić zdjęcia, siedzi druga grupa radnych – opozycyjnych. Po przedstawieniu tematu ci jedni na tych drugich patrzą, czekając na odpowiedni gest, czy pierwsze słowo, by wiedzieć, co zrobić dalej. Po krótkiej chwili Przewodniczący Rady Miejskiej  informuje, że radni, mimo dyskusji w temacie, nie zajęli stanowiska. Na co przedstawicielka Animalsów, krótko skomentowała, że jej przykro z tego jakże niespodziewanego i powodu. No bo jak to nie zajęli. To, że nie zajęli to jeszcze nic. Kilka minut później, padł głos, by naprędce na poczekaniu zagłosować, kto jest za, a kto przeciw, by Pani z Animalsów już przykro nie było. Więc było głosowanie, dwa przeciwległe politycznie obozy jeszcze raz rzuciły na siebie okiem i pod nosem bąknęły, że w Dębicy cyrkom się sprzeciwiają. Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego podczas dotychczasowych głosowań, zarówno ci za jaki przeciw, podnosili ręce do góry, a tutaj jak uciął, ani jednej ręki w górze. Niby się nie zgadzają, ale widocznie ręka była już zbyt ciężka, by o tym fakcie wszem i wobec zakomunikować. Analizując tę sytuację, coraz bardziej jestem się w stanie podpisać pod wcześniej przytoczonymi słowami, w których mowa o podjęciu tematu z powodu obecności jednej Pani. Teraz trochę żałuję, że od razu po sesji nie zapytałam, czy już jej mniej przykro. Bo jak dla mnie, biernego obserwatora – stanowisko to – zostało podjęte na siłę i bez żadnego przekonania i zaangażowania w sprawę. Jeśli się mylę, nie powinniśmy w Dębicy natrafić już na żaden plakat reklamujący cyrk z małpą, czy słoniem. Na marginesie, dowiedziałam się, że Miasto z występów czerpie znikome korzyści i wbrew pozorom jest sposób by żywym cyrkom tak łatwo występować w Dębicy już nie było. Ale niech to pozostanie małą tajemnicą na kolejny wpis  
 

CZY MAM SIĘ PRZEDSTAWIĆ?

 
Od pewnego czasu w Dębicy sporo się dzieje. Zaskoczę Państwa, bo nie chodzi mi o remonty. Dałam im trochę spokoju, tym bardziej, że patrząc na budowlańców widać gołym okiem, że mają jeszcze sporo czasu. A nawet jeśli go nie mają, no to co. Dzieje się w naszym mieście, ponieważ cztery dni temu oficjalnie rozpoczęła się kampania wyborcza. Konferencja prasowa goni konferencję. I historią z takiej konferencji prasowej chciała bym się właśnie podzielić. Będąc trochę przed czasem, podziwiałam Dębicę z okna przy Kolejowej. Z drugiego piętra ulica wygląda jak by bardziej światowo, a piesi mniejsi, może celowo, kto wie? Mijam ludzi na korytarzu. Znam ich z mediów, osobiście nie było okazji. Przechodzą w prawo w lewo. W jedne drzwi wchodzą, z innych wychodzą. W pewnym momencie podchodzi do mnie Pan i zamiast podania ręki na dzień dobry, rzuca pytanie, czy ma się przedstawiać? Jego głowa powoli podnosi się ku górze. Nie, nie dlatego, że jestem wyższa… Drodzy posłowie,…, marszałkowie, dyrektorzy, kierownicy, naczelnicy, zarządcy, królowie, menadżerowie, premierzy, prezydenci, administratorzy, dowódcy, mocodawcy, przewodniczący, zwierzchnicy, szefowie, wodzowie, gestorzy, przełożeni wyżej położeni, niż człowiek bez tytułu. TAK, macie się Państwo przedstawiać, ponieważ wymaga tego kultura osobista, której wymaga się więcej od ludzi na wysokich, politycznych stanowiskach. Poza tym w mojej ocenie to dużo nie kosztuje. Gwarantuję, że żadnemu z Panów i Pań korona z głowy nie spadnie, podczas podawania reki i lekkiego ukłonu głowy. Wręcz przeciwnie, korona ta pokryje się szacunkiem i zaufaniem. No chyba, że taka korona w głowach i na głowach Państwa się nie mieści? Przepraszam – nie wnikam. Mówiąc o braku tejże kultury osobistej w stosunku do odbiorców, nie mam na myśli dziennikarzy. W tej branży szybko się przyzwyczaja do braku zadowolenia i ignorancji ze strony osób publicznych. A bo to za słowo w zdaniu, a bo za zdanie w artykule, lub zdjęcie, które nie jest tym wymarzonym, którym można by się pochwalić – tu i ówdzie. Każdy wykonując jakikolwiek zawód jest przede wszystkim człowiekiem. Człowiekiem, a później politykiem, urzędnikiem, lekarzem, nauczycielem itp. Wymieniać można by do wieczora. Człowiekiem, który na swojej drodze również spotyka ludzi. W przypadku polityków – wyborców. Drodzy politycy, w ramach przypomnienia, to, że ładnie i kulturalnie przed kamerą i do zdjęcia, to nie wszystko. Życie to nie film, a ludzie (wyborcy), to nie durnie, którzy nie potrafią odróżnić kiepskiej kinowej komedii od rzeczywistości. Tak… Macie się Państwo przedstawiać.