Pierwszą dietę – przepić…

 
Więc głosuję na Ciebie, bo będzie kasa na %%%%%%%%%%%%%. Krócej – wydać na… O tym, że pierwszą zarobioną kasę trzeba przepić, wiemy nie od wczoraj. Mniej alkoholowa wersja, wysyła na zakupy, bez względu na to, czy ma się coś istotnego do kupienia, czy chodzi o sam fakt wydania tych kilku groszy. A dietę samorządową? Oczywiście też, szczególnie tą pierwszą. Takie głosy i slogany można znaleźć nie gdzie indziej, jak na fejsbukowej tablicy kandydatów do Rad Powiatu, Gmin, czy Miasta. Młodych kandydatów, którzy chyba zapomnieli, do czego zobowiązuje rozpoczęcie życia publicznego. Tak, jest już po wyborach. Ale komentarze pozostały i budzą we mnie mieszane uczucia. Nasuwa się pytanie: Po co startowałeś, ale tak szczerze? Jakie miałeś pomysły na zmiany? Nie, nie partyjne, Twoje własne? Co wiesz o pracy w samorządzie, lubisz taką formę działalności? A może nie była to Twoja decyzja? Zapełnienie listy? Może to tylko układ? Ciekawość mnie zżera co do potencjalnych odpowiedzi. Kto wie, może jeszcze znajdzie się okazja, by dopytać, szczególnie tych, którzy już niedługo będą podnosić rękę, podczas głosowania. Jestem jeszcze młody i nie muszę… Musisz. Musisz mieć świadomość na czym polega pełnienie mandatu radnego, bez względu na to ile masz lat. Tutaj wiek nie ma nic do rzeczy. Musisz, nie tylko jako samorządowiec, ale jako człowiek, stosować chociaż podstawy tzw. kultury osobistej. Argumenty pt. bo się nie wylogowałem z konta, bo mnie podpuścili, albo tak jak w przypadku Pana Brodnickiego, bo nie wiedziałem, że kamera była włączona, nie są uzasadnieniem, Twojego jakże niedojrzałego zachowania. Mandat samorządowca, to wyraz zaufania. Pomyśl, jak czuje się wyborca, który Ci zaufał. Stwierdził, świeża krew. Dobre pomysły. Postawię krzyżyk. Tylko po to, by potem przeczytać, że startujesz, bo będzie dodatkowa kasa, a imprezy to Twoje drugie życie. W związku z tym na sesję biała koszula, krawat. Pozory trzeba stwarzać. A po sesji, nawet nie pamiętasz imienia kobiety z Twojego okręgu, która przyszła, bo zlikwidowano kosze na osiedlu i brudno. Co Cię to obchodzi. Ty tam nie mieszkasz. Jeszcze się nauczę… Serio? Od kogo? Może od starszych kolegów radnych? Poczekaj, czyli od tych, którym udało się już którąś kadencję siedzieć wygodnie przez godzinkę, góra dwie i tylko podnosić rękę podczas głosowania, bo już zapomnieli o reprezentowaniu spraw mieszkańców? Bo w sumie po co? Bo układ koalicyjny był taki, że nie dyskutujemy? A może od tych, którym częściej zdarza się rozmawiać na temat kolejnej popijawy, niż o nieszczęściu Pani Zosi, której bardzo zależy na tych koszach. A może od tych, którzy mówią, co wiedzą i uśmiechają się tylko na widok kamery, czy aparatu, bo na zdjęciu trzeba wyglądać? Racja, masz świetnych nauczycieli, jest z kogo brać przykład. Na tych, którzy dyskutują i przedstawiają pomysły na rozwiązanie ważnych spraw, pewnie nie zwrócisz uwagi. Są nudni. Nie mają czasu na głupoty, a poza tym, znają z nazwisk cały swój okręg. Co za idiotyzm, po co to pamiętać. Nie dojrzeliśmy do takiego poziomu demokracji… Mówił jeden z kandydatów na Burmistrza Dębicy. Chodziło o temat zrzeknięcia się diet, czyli o pełnienie funkcji radnego za darmo. W poprzedniej kadencji w Dębicy nie znalazło się 6 radnych, którzy przegłosowaliby brak pobierania diet. I niech mi ktoś powie, że startując nie bierze się pod uwagę dodatkowych paru groszy. Bierze się. Takim argumentem kusi się też młodych. Ci z kolei, później wypisują brednie na portalach społecznościowych o przepijaniu pierwszej diety. Młodzi potrzebni w samorządach… Tak, dobrze, że kandydują. To świeża krew, nowe pomysły, nie przesiąknięci partyjniactwem itp. Itd. Takie komentarze płynęły od prawie wszystkich sześciu kandydatów na Burmistrza Dębicy. Czy na pewno Panowie? Czy na pewno jest to świetny pomysł? Czy młodzi radni, patrząc na swoją funkcję przez pryzmat  pieniędzy do przeimprezowania, to dobra droga? Wybaczcie Państwo. W żaden sposób nie jestem się w stanie z tym zgodzić. Ludzie – społeczność – mieszkańcy, nie potrzebują kolejnych pseudo – przedstawicieli, którzy dość, że nie będą mieli się od kogo uczyć, to jeszcze sami nie mają pojęcia o co chodzi w mandacie radnego. Z pozdrowieniami dla Radnych 30-. Obym się myliła.
 

Marszałek był w Starostwie, byli też inni, ale … po co o tym pisać.

 
Nie dorastają Okazuje się jednak, że w porównaniu z urzędnikami, którzy obok Marszałka, zasiadali przy stole nie dorastają im do pięt. Nie po jego myśli było Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może dlatego, że weszli Marszałkowi w paradę, bo zamiast siedzieć cicho i słuchać prezentacji na temat tego, jak województwo wspaniale realizuje swoje plany komunikacyjne na terenie Podkarpacia, postanowili upomnieć się o swoje Zawierzbie w bardzo niewybredny sposób. A może ich tam nie było? Dziś, prawie miesiąc po feralnej wizycie, trudno Starostwu widocznie to stwierdzić. Jednak bezdyskusyjnie, musi coś być na rzeczy. Dlaczego? W notce zamieszczonej na stronie Starostwa Powiatowego o wizycie Marszałka, ani słowem nie wspomniano, że byli mieszkańcy Dębicy. Skromny opis za to wymienia całą rzeszę urzędasów z pełnionymi funkcjami. A co ich obecność zmieniła w rozwiązaniu problemu, mieszkańców Zawierzbia? Nic. Dlaczego? Ponieważ nikt z wspomnianych wyżej urzędników nie potrafił przedstawić konkretnego rozwiązania na ich problem. Zostali pozostawieni sami sobie i nawet sam Starosta nie był w stanie odpowiedzieć na nurtujące ich pytania „W omawianej tematyce znalazł się zjazd z autostrady A4 Dębica Wschód (Pustynia- Zawada) i Dębica Zachód (Żyraków).” – Czytamy na stronie Starostwa Powiatowego. A kilka linijek niżej: „Marszałek Władysław Ortyl złożył zapewnienie o finansowaniu i umieszczeniu na liście projektów komunikacyjnych na lata 2014 – 2020 planowanych łączników z terenu naszego powiatu.” Nie rozumiem… Czemu rozmawiając po konferencji i podczas organizowanej blokady, mieszkańcy Zawierzbia chórem stwierdzili, że nie czują się usatysfakcjonowaniu zapewnieniami Marszałka, Starosty o raz całej świty urzędniczej. Hmm… nie rozumiem. Źródło:http://www.powiatdebicki.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=186:marszalek-w-starostwie&catid=12:ogolne&Itemid=109
 

Po co zapraszać, jak widzieć nie chce się? Panie Kandydacie na Burmistrza

 
Prywatnie uważam, że jeśli nie chcemy kogoś widzieć, rozmawiać, słuchać, to go nie prowokujemy i nie zapraszamy, tam gdzie może się pojawić. Szkoda zachodu i cennego czasu. Naszego i tego, który należy do znienawidzonej za „mówię co myślę” osoby. To moje zdanie.   KANDYDAT NA BURMISTRZA STWIERDZIŁ INACZEJ… I zamiast darować sobie wysłania zaproszenia na oficjalną konferencję prasową, wysyła. Przepraszam zrobi to członek komitetu wyborczego, a nie owy Kandydat. ZACZĘŁO SIĘ OD: Od tego, że otrzymałam zaproszenie na konferencję, która z uwagi na wybory, dotyczyć miała przedstawienia kandydata na Burmistrza Miasta i do poszczególnych Rad oraz programu wyborczego. Miejsce znam, datę znam. Nie znam godziny, więc piszę wiadomość z zapytaniem: o której? Odpowiedzi nie otrzymuję do dziś. Pytam brać dziennikarską. Bo wiem, że wie. Mail został wyjątkowo wysłany indywidualnie tylko do mnie, a nie zbiorczo do wszystkich. Dowiaduję się, że o 12:00. Jest 11:57. Więc z językiem na brodzie, biegnę przez pół miasta. Po to by otworzyć drzwi i usłyszeć, że to już koniec. Że jeśli pytań brak, to dziękuję za uwagę. BY NIE NA DARMO… ten język na brodzie był wywieszony, zadaję kilka pytań. Bo kto pyta nie błądzi i wychodzę. A teraz siedzę i piszę o tym, co miało miejsce i zastanawiam się po co to wszystko było? I gdzie potencjalny Burmistrz widział sens w takim scenariuszu? Ja go nie widzę do dziś. JUŻ NIE WIEM CO WOLNO? Dziennikarzowi, który ma ten przywilej, że może mieć własne zdanie i nie boi się go publicznie prezentować. Bo wiem, że o to chodzi. O to, że gdy coś widzę, to o tym piszę, tak jak to wygląda, a nie tak jak „pasowało by wyglądało”. Nie dlatego, że jestem dziennikarką. Dlatego, że każdemu tak wolno. Jednak wyżej opisane zdarzenie, cokolwiek miało na celu, krzyczało głośno – krytyki sobie nie życzę, bo… W sumie nie wiem czemu. BYĆ PUBLIKIEM Czyli osobą publiczną, ze względu na pełnione funkcje wiąże się nie tylko z faktem poklepywania po ramieniu, ale też z krytyką tego, co robi się, lub mówi się. Ten fakt trzeba sobie wziąć do serca. Nie ma co się obrażać, uciekać, czy spuszczać wzroku… OKO ZA OKO? Reasumując. Cokolwiek owy zabieg nieudolnego zaproszenia redaktora, miał na celu, chyba się nie powiódł bo: W biegu jestem ciągle, pieszo chodzę bo lubię, tak zdrowiej. Upokorzona się nie poczułam, obrażona tym bardziej. W sumie mam świetny humor, czyli wyszło mi to na zdrowie. A jeśli to zdarzenie, Panie Kandydacie od „ludzi, a nie partii” miało na celu wyprowadzenie mnie z równowagi, to z przykrością stwierdzam, że nie wyszło, ale proszę próbować dalej, jeśli tylko widzi Pan w tym sens.
 

O kłamstewkach potencjalnego radnego…

 
Tak sobie siedzę i się zastanawiam, nad tym co wypisują kandydaci w swoich ulotkach wyborczych. Ile z tego, co tam jest nadziubdźiane jest prawdą? Ile punktów i pauz jest tylko po to, by wyborcy myśleli, że ta droga, czy ten remont to zasługa tego, czy tamtego. Papier wszystko przyjmie, ten z którego drukuje się ulotki - w szczególności... Ilu jest kandydatów, którym tak bardzo spodobało się w dębickim samorządzie, że nogami i rękami, rwąc włosy z głowy, wypisują fanaberie na plakatach wyborczych? Ilu jest takich, którzy przez ostatnie 4 lata opierali się o kłamstwa, bo tak było wygodnie, bo nikt nie dociekał, bo partia przymykała oko? Ilu jest takich, którzy dziś kilkanaście dni przed wyborami, wiedzą, że muszą tylko poobiecywać i mają kolejne 4 lata z głowy z drugą pensją i pozycją samorządowca w życiorysie? Ilu jest takich kandydatów, którzy jako część kampanii wyborczej przyjęli chowanie się po zakamarkach i za szyldami partii, odmawiając dyskusji, a jedynie co są w stanie zrobić, to ładnie wyglądać na plakacie? Ilu jest takich kandydatów, którzy mieli 4 lata szansy na to by cokolwiek zmienić w mieście, czy powiecie, a nie zrobili NIC. Dziś jak by nigdy NIC, opowiadają co będą chcieli zrobić w kolejnej kadencji, nie wspominając ani słowem o tym, że przynajmniej z połowy tych obietnic Dębiczanie mogli się już cieszyć rok, czy dwa temu. Ilu jest takich kandydatów, którzy mają swoich ludzi, od czarnej roboty w postaci zrywania plakatów wyborczych, tłumacząc, że tak trzeba, że to jeden z punktów kampanii wyborczych? Ilu jest takich, którzy przywykli do pochwał, więc na każde słowo konstruktywnej krytyki reagują jadem, no bo jak to mówić o wtopach, kłamstwach i lenistwie? Ilu jest takich kandydatów w Dębicy?
 

O biedronce i McDonalds…

 
W ubiegłą niedzielę, na ambonę kościoła Św. Ducha wyszedł ksiądz Mariusz Ogorzelec. Nie było by w tym nic dziwnego, gdy by nie fakt, że wyglądał trochę inaczej niż na co dzień i inaczej niż w niedzielę. Miał na sobie kostium biedronki. Pomysł przebrania był związany z głośnym tematem, poszukiwania dawcy szpiku dla małej 9-letniej Gabrysi.25 października w Domu Kultury w Pilźnie i 26 w Dębicy w DK Mors – rejestrujemy się do bazy DKMSu Przez jakiś czas zastanawiałam się, dlaczego ksiądz zdecydowała się na przebranie. Pomijam fakt, że tematyka kazania była ściśle dopasowana do jego stroju. Na przykładzie zgubionej biedronkowej kropki, wyjaśnił zgromadzonym na czym polega białaczka limfatyczna, na którą cierpi Gabrysia i wielu innych ludzi na całym świecie. Pytanie brzmi, czy nie mógł tego wyjaśnić bez biedronki? Otóż ksiądz Mariusz wyszedł przed szereg i prócz rozpropagowania akcji rejestracji do DKMSu, zrobił coś jeszcze. Ten sam zabieg zastosowali bracia McDonalds, którzy prócz serwowania tylko szybkiego jedzenia, do zestawów dokładali zabawki, by przyciągnąć i przyzwyczaić do swojej marki dzieci. Te, pamiętając nawyk Fast food + zabawka w perspektywie czasu – przyprowadzą też swoje pociechy. I tak dalej i tak dalej. McDonalds zarabia i powiększa grono klientów w może trochę perfidny sposób, ale skuteczny. Skuteczny i właściwy sposób znalazł też ks. Mariusz, już w małych dzieciach zaszczepiając informację o wadze pomocy chorym na białaczkę limfatyczną. Zamiast zabawki dołożył biedronkę, która jak kotwica dziś dzieciom, a jutro dorosłym będzie przypominać o DKMSie oraz propagowaniu rejestracji w celu znalezienia „genetycznego bliźniaka” Brawo ks. Mariuszu. Czekamy na kolejne pomysły.
 

Dębiczanom prezentacje się przejadły

 
KAMPANIA TO, CZY NIE KAMPANIA? Za niecały miesiąc czasu wybierzemy burmistrza miasta Dębicy oraz radnych, którzy prężnie będą reprezentować interes społeczny. W związku z tym zewsząd otaczają nas mniej lub bardziej zaawansowane kampanie wyborcze kandydatów na te jakże ważne społeczne stanowiska. Jednak okres przedwyborczy to nie tylko kampanie, a również czas rozliczeń przez wyborców tych, którzy przez 4 lata, a nawet więcej mieli nie jedną szansę, by coś zmienić, a mimo to nie skorzystali z niej. Za to w rozpaczy przedwyborczej, kiedy ponownie trzeba wzbudzić, niejednokrotnie mocno nadszarpnięte zaufanie, postanowili pochwalić się tym co w małym lub niewielkim stopniu dokonali. Problem w tym, że ludzie mają dość obietnic i chwalenia się małymi sukcesami. Małymi w stosunku do pozostałych nierozwiązanych problemów, które skutecznie utrudniają ludziom codzienne życie. PRZYJECHALI Z S19, A LUDZIE O POWIATOWEJ ROZMAWIAĆ CHCIELI… Przykładem sytuacji, do której wprowadzam Państwa powyżej, jest zdarzenie, które miało miejsce tydzień temu w Starostwie Powiatowym w Dębicy. Otóż została zorganizowana konferencja, na której pojawił się sam Marszałek Województwa Podkarpackiego – Władysław Ortyl. Z-ca Dyrektora ds. inwestycji z GDDiK Rzeszów – Wiesław Sowa, poseł – Jan Warzecha i oczywiście Starosta Powiatu Dębickiego – Władysław Bielawa. Na spotkanie, przez samego Marszałka jako organizatora,  zostali zaproszeni samorządowcy z terenu Dębicy, którzy w mniej lub bardziej zaawansowanej liczebności pojawili się na sali oraz NIEZAPROSZENI mieszkańcy rejonu Zawierzbia, które martwi się sytuacją jaka spadnie na ich barki po otwarciu łącznika autostrady, już przed 1 listopada. Obecnością kilku osób, które ewidentnie dawały do zrozumienia, że nie mają zamiaru słuchać przygotowanych, nudnych prezentacji o tym jak to województwo jest wspaniałe pod względem budowy infrastruktury, był zaskoczony sam Marszałek. Szczególnie gdy już na samym początku jeden z zniecierpliwionych mieszkańców zakomunikował wprost, że jest z Dębicy i chciał by się dowiedzieć czegoś konkretnego na temat właśnie Dębicy, a konkretnie drogi powiatowej, biegnącej przez Zawierzbie, którą z autostrady będą zjeżać kierowcy już za ok. 2 tygodnie. KONFERENCJA PRASOWA DLA ROZŁADOWANIA EMOCJI Została zwołana po kilku uwagach pokroju, wyżej przytoczonej. Jako przerywnik w już wystarczająco napiętej atmosferze na Sali obrad, w której czekali mieszkańcy na dyskusję i debatę o tym, że mają problem, czyli o tym, czego zrobić się nie udało, a nie o tym, co zrobiono, a co nijak się ma do skali panującego problemu. Problem w tym, że mimo, iż wszyscy zgromadzeni na sali, zarówno samorządowcy jak i media, o Dębiczanach nie wspominając, trafnie zauważyli, że z zaplanowanej prezentacji, nici. Mimo, to podczas konferencji prasowej cała Czwórka, jedynie chętnie i rzeczowo odpowiadała tylko na temat tego, co albo było związane z tematem prezentacji, albo o czym mówić było wygodnie. Niewygodnie np. mówić było o tym, że na modernizacją drogi powiatowej pieniądze były. Był tez czas i zapotrzebowanie ze strony mieszkańców, którzy już dziś zgłaszają problemy z wyjazdem ze swoich posesji. Niestety, nie doczekali się żadnych konkretów, ani deklaracji, tym bardziej pisemnych kiedy Starosta zechce się zając dręczącym ich problemem, przywołując kilka niezbyt chwalebnym dla Pana Bielawy zdarzeń z wcześniejszych spotkań. Pan Starosta, zaprzeczył, że problem i oczekiwania porównał do „kwadratowych jaj”, jednak rozmawiając na ten temat z mieszkańcami jak i samorządowcami, trafnie stwierdzili, że gdy by było to kłamstwem, po pierwsze Pan Bielawa by się bronił, a po drugie owa mieszkanka Zawierzbia widząc Marszałka i kordon mediów nie odważyła by się aż do tego stopnia naciągnąć rzeczywistości. WNIOSEK Przykro mi bardzo, ale wychodzi na to droga panująca władzo, że ludzi przejrzeli na oczy i mówiąc krótko, mają dość. Dość obietnic, dość laurek, medali, odznaczeń, pomników, chwalenia się kawałkiem chodnika, gdy trzeba drogę poszerzyć, by nie doprowadzić do tragedii. Dość mają robienia z siebie idiotów i chowania się za szyldem partyjnym. Dość mają kłamstw i co ważne, analizując ostanie zdarzenie, które miało miejsce w Starostwie, posuną się do granic swoich wszelkich praw, by osiągnąć gwarantowane im rozwiązania.  
 

Polityczny facebook.

 
W POLSCE PO NK Początkowo miał służyć komunikacji pomiędzy uczniami szkół średnich i wyższych. Zaprojektowany w 2004 roku przez Marka Zuckerberga, zarejestrowanym użytkownikom dawał możliwości tworzenia sieci grup, publikowania zdjęć, przesyłania wiadomości i filmów, a z czasem jeszcze innych, bardziej zaawansowanych możliwości, również niestety odpłatnych. W Polsce przejął pałeczkę po Naszej Klasie – Portalu dla „ludzi z klasą”, który sami jego użytkownicy, przekształcili w publiczny burdel. Toteż z Naszej Klasy – zrobiło się NK – i słusznie. SOCIAL… Portal społecznościowy, bo takim właśnie jest FB z czasem stał się wielką machiną. Zbiorem wielu cennych informacji, bzdur, kompromitacji i paradoksów. Dziś zajmę się tym ostatnim w ujęciu politycznym, a ściślej mówiąc przedwyborczym. OCIEPLANIE WIZERUNKU… Jak wszystkim wszem i wobec wiadomo, wielkimi krokami zbliżają się wybory. Zawisły już pierwsze banery wyborcze. Ruszyły kampanie, spoty, krócej mówiąc czuć w powietrzu, że miasta, gminy i powiaty czekają wielkie zmiany, albo żadne zmiany, choć w nie jednym przypadku, nic dobrego z tego dla ludzi nie wyjdzie. Kampania wyborcza to nie tylko przygotowanie programu wyborczego, kilku banerów, czy przemówień w mediach i do ludu, to również zabieg, który nazywa się ociepleniem wizerunku. Więc w związku z tym wizerunkiem, również FB poszedł w ruch. JAK PRZYSZŁE MGIERY. Akcja „wklejam na FB zdjęcie, które będzie na plakacie wyborczym” uważam za już otwartą, a przypomina mi inną - jakiej corocznie poddają się przyszli magistrowie, przed obroną, gdzie jeden za drugim, ledwo odbierze foto od fotografa od razu klap na wall of FB. Z ZAMKNIETYMI OCZAMI… I RĘKĄ W KIESZENI. W związku z powyższym każdy laik, który nie jest za pan brat ze światem regionalnej polityki, przeglądając zdjęcia na facebooku bez czytania nazwisk wie, kogo zobaczy na plakacie wyborczym. Dlaczego? Bo te zdjęcia mają w sobie coś. Tutaj ręka w kieszeni, tam dwie, tutaj marynarka na ramieniu, tam rzucone w dal spojrzenie, tu gryzie oprawkę okularów, tam zakłada ręce, tu kciuk do góry, tam pokazuje palcem w sumie nie wiadomo co, ale pokazuje. Przyglądający się tym fotografiom, dowiedziałam się, że co niektórzy samorządowcy nawet potrafią się uśmiechać – przynajmniej na zdjęciach. Miło by było, gdy by swój wykreowany w większości przypadków, przez fotografa lub agencje reklamy, wizerunek przenieśli do rzeczywistości. W końcu owe ocieplenie wizerunku powinno być stałe, a nie chwilowe. CZY Z GŁOWĄ? Cały zabieg wklejania zdjęć, z powodu których nie jeden dębicki, a może i rzeszowski fotograf miał pełne ręce roboty jest ok, jeśli jest przemyślany, a po właścicielu profilu widać, że ma głowę na karku i to nie od kilku dni, tylko co najmniej miesięcy a najlepiej lat. Otóż niewyobrażalnym paradoksem są sytuacje, w których posiadacz konta przez długie miesiące wkleja na ścianę różne mniej lub bardziej idiotyczne informacje. To jakiś kawał, to że grał w grę, to, że brał udział w quizie, to zdjęcia, na których jak by wczorajszy, to 50 fotek z psem lub wnukiem, czy dzieckiem , aż tu nagle poważne zdjęcie – wyborcze. Pisząc na wstępie o paradoksie – właśnie to miałam na myśli i niestety takich profili wśród dębickich kandydatów na samorządowe stanowiska doszukałam się wielu. NIC NIE ZGINIE… Na marginesie, nie muszę chyba przypominać, że nawet usuwanie w pośpiechu kompromitujących materiałów, nic nie da, ponieważ tzw. internety wszystko przechowują w pamięci i na serwerach. W związku z tym dobry programista odszuka to, co może już i nie wisi na ścianie, ale w sieciowych przestworzach na pewno fruwa. ROZSĄDNE WYJŚCIE? Oczywiście, że jest. Zawsze jest. Jeśli szczególnie młodych, poszukujących pracy ludzi, przed przyjęciem na renomowane stanowiska, sprawdza się również pod względem tego co zamieścili na portalach społecznościowych, to logicznym jest, by ta sama zasada odnosiła się również do kandydatów na rządzących, czy radzących. ZASTANÓW SIĘ… Dobrym i bardzo trafionym pomysłem jest nic innego jak, albo po pierwsze, dłuższe zastanowienie się przed wrzuceniem czegokolwiek na tzw. walla. Lub założenie tzw. fan page’a , który jest profilem reklamującym firmę, produkt lub osobę. Dzięki takiemu rozwiązaniu, rozdzielamy życie na prywatne i zawodowe – polityczne. Na prywatnym profilu wolno nam wklejać np. te 50 zdjęć z pupilem, czy wnukiem, czy dzieckiem, czy pupilem i wnukiem i dzieckiem, natomiast w przypadku fan page’a udostępniamy informacje i zdjęcia ściśle związane z działalnością, którą prowadzimy, czyli np. polityczną. Prowadzony w tematycznej konwencji, nie zdziwi, gdy nagle pojawi się zdjęcie wyborcze pod plakat na słupa, bo takich fotografii będzie tam o wiele więcej. Więc powodzenia drodzy kandydaci, oko wielkiego social – brata patrzy na Was.
 

Jadwig nie było, bo nas jeszcze o kampanię wyborczą posądzą.

 
O MIEŚCIE, KTÓRE KULTURĄ STOI W PLENERZE. Nawet jeśli pogoda nie dopisuje, a wiele dębickich imprez plenerowych zaliczyło wpadkę pogodową, to i tak rozrywka w Dębicy stoi w plenerze. Do uprawiania takiej formy rekreacji kulturalnej, miasto ma sporo miejsc. Jednym z nich jest Rynek Główny, który, mimo, że swój dawny urok już dawno stracił, to nadal wytrwale służy koneserom kultury, np. ludowej. A KRYSIE PRZYJECHAŁY… Tak też było w ubiegłą sobotę. Pogoda spisała się na medal. Zresztą miała powody, bo w Dębicy miał miejsce I Ogólnopolski Zjazd Jadwig, czyli pań o tym urodziwym imieniu, na cześć patronki miasta. Problem w tym, że Jadwigi trochę nie dopisały, bo naliczyłam ich kilkanaście. Dla porównania w marcu tego roku w Białymstoku miał miejsce Ogólnopolski Zjazd Krystyn, który zgromadził ponad 500 pań o tym równie pięknym imieniu. Pojawiła się nawet sama Pani Premierowa, co prawda nie Krystyna, ale być była. Jadwig widocznie w Polce mamy mniej, może i w Dębicy jest ich niewiele, a może Panie zjadło lenistwo i się nie pojawiły, czego nie można powiedzieć o najmłodszej – 5 –miesięcznej, która przyjechała z rodzicami z Krakowa. A może impreza została zbyt słabo rozreklamowana, lub tego typu spotkania z ludowa nutą w tle nie cieszą się po prostu zbyt wielkim zainteresowaniem w mieście. JAK SIĘ CHCE TO SIĘ MOŻE… ALE WYBORY ZA PASEM Jak zakomunikował jeden z przybyłych mieszkańców, na wyrobienie frekwencji Jadwig, wystarczyło spisać panie z kronik z Urzędu Stanu Cywilnego, przesłać zaproszenia i na pewno przynajmniej połowa z nich na Rynku w sobotę by się pojawiła. Rozmawiając z jedną z organizatorek imprezy, dowiedziałam się, że znikoma ilość Jadwig była CELOWA. A wszystko dlatego, że w imprezie brał udział obecny Zastępca Burmistrza Jerzy Gągała, który przymierza się do zajęcia fotela włodarza miasta po Wolickim Pawle. W związku z powyższym organizatorzy wraz z samym Panem Gągałą, nie chcieli, by wzmożona ilość Jadwig na Rynku Głównym, była odebrana jako kampania wyborcza tegoż kandydata. A BIULETYN I FIGURKI Z GLINY, TO NIBY CO? Osobiście powiązania faktu kampanii wyborczej z Jadwigami nie rozumiem. Bo gdy by w planie była darmowa kawka i ciacho, z której finalnie zrezygnowano, by nie zostały odebrane jako kiełbasa wyborcza – jak najbardziej jest to logiczne. Ludzie jak coś dostają – tym bardziej za darmo, nie ważne, czy kawałek kolorowego papieru, czy kwiatka z bibuły, węszą podstęp, tym bardziej przed wyborami. Czemu, natomiast Pani Małgorzata jako argumentu użyła znikomej frekwencji Jadwiś, nie wiem. Może po prostu tego typu jarmarkowe imprezy nie cieszą się popularnością wśród Dębiczan, może mieszkańcy oczekują czegoś innego niż oscypka, miodu i kolorowych ozdób, czy biuletynów miejskich i glinianych tabliczek. BIULETYN Z KOGUCIKIEM Jeśli celowo zadbano o znikomą liczbę Jadwig, by nie zostać posądzonym o kampanie wyborcza Pana Gągały, to ja się pytam w jakim celu, podczas I Ogólnopolskiego Zjazdu Jadwig były rozprowadzane DARMOWE biuletyny miejskie, w których jeszcze raz wielkimi obrazkami przypomniano mieszkańcom, że w Dębicy remonty były i to jak dużo i na jaką skalę, oraz co miał na myśli Pan Gągała wręczając wszystkim zebranym glinianą tabliczkę z breloczkiem, że niby Jarmarki, niby twórczość ludowa, niby 2013 rok, niby kogucik, a na obramowaniu jak byk pisze JERZY GĄGAŁA 2014? Wybaczcie Państwo, ale fakty kupy mi się nie trzymają. KAŻDY MA JAKIŚ CEL, MAM TEŻ JA. Pisząc teraz te słowa, układając je w zdania, nie robię tego dlatego, że mi się nudzi, lub ze względu na to, że dopadła mnie wena dziennikarska, która za godzinę minie. Mam w tym moim pisaniu swój cel. Chce przekazać informację. Ktoś, kto będzie to czytał, a następnie analizował, odbierze moją intencję wypowiedzi, jako to na co będzie mu to wyglądało. Podobnie jest z promocją w sklepie. Właściciel nie robi promocji, by pozbyć się towaru, lub zrobić przysługę kupującym, on chce tych kupujących do siebie przekonać, do sklepu, do marki, finalnie osiągając coraz większe finansowe zyski. Bo tak to już jest, że gdy dostajemy coś za darmo, cieszymy się jak dzieci, bez względu co to jest i czy nam się do czegokolwiek przyda. Na marginesie, jeśli ktokolwiek chce mnie przekonać do siebie, to informuję, że moją pasją jest krawiectwo. Z gliną natomiast mam niezbyt przyjemne wspomnienia, jako dzieciak najadła się jej w niemałych ilościach, skończyło się na pogotowiu – niezbyt przyjemne wspomnienia i nawet kolorowy kogucik tego nie zmieni. Tych samych zabiegów używają kandydaci, czy to na radnych, czy na burmistrzów, to tzw. kiełbasa wyborcza. I o ile, jest nią i NIKT SIĘ TEGO NIE WYPIERA jest ok, ale jeśli skromne podarunki wraz z biuletynem, który równie dobrze mógł by nosić tytuł: „Patrz człowieku, nowe chodniki - głosuj na mnie, bo tak”, są traktowane jako TABU, a uwaga mediów odwrócona w kierunku kilku Pań, których celowo jest tyle, co kot napłakał, co powtarzam, nie ma to dla mnie żadnego związku z kampanią wyborczą – to jest to proszę Państwa bardzo nie tak. JEDEN ZA WSZYSTKICH, WSZYSCY ZA JEDNEGO… Jeśli zwykła debata organizowana przez Jarosława Śliwę, która miała na celu wskrzesić dębicki sport, podczas której prócz dyskusji i szukaniu rozwiązań, nikt niczego do ręki nie dostał, była traktowana jako wiadomo co, to tym bardziej kilkudziesięciostronicowy biuletyn miejski zbierający inwestycje z 4 lat (których, jak już wiemy, było mało i na ostatnią chwilę, bo Rada Miejska Wolickiemu pieniędzy nie dał), jest traktowany jak wiadomo co. Jeśli niedawno utworzona strona internetowa Mariusza Trojana, w której opisuje siebie w samych superlatywach, wyciągając przez Internet rękę do wyborcy w celu dyskusji i rozmów, szkoda, że nie podczas realnej piątkowej debaty, jest traktowana jak wiadomo co, to tym bardziej gliniana tabliczka z kolorowym kogucikiem i drukowanym napisem JERZY GĄGAŁA, jest wiadomo czym. Panie Zastępco, osobiście nic do Pana nie mam, bo Pana nie znam, ale to co się w koło Pana osoby dzieje, dzięki ludziom współpracującym z Panem, również na rzecz nadchodzących wyborów, to mi się włos na mojej fotoreporterskie głowie jeży. Mówiąc, krócej, czasem lepiej ugryźć się w język, niż paplać pięć po pięć, para piętnaście, jak to mówi moja ciotka Krystyna, która na zjazd Kryś ponad 400 km przejechała, bo chciał tego organizator i ona sama też tego chciała.
 

Kto winny zacofaniu Dębicy? Rada Miasta.

 
Do tego, że ani jeden Zastępca Burmistrza Wolickiego, ani drugi, obecnie były Zastępca, nie jest odpowiedzialny za to co się w mieście dzieje już się przyzwyczaiłam. Słyszałam to usprawiedliwienie, na tyle wiele razy i od samych zastępców i od współpracowników, że wystarczająco mocno zapisało się w moich szarych komórkach. Swoją drogą oczywiście z tym zrzucaniem odpowiedzialności na włodarza miasta się nie zgadzam. Najłatwiej bowiem jest powiedzieć, że nic się nie dało zrobić, że decydował Wolicki i żadne prośby ani groźby nie były w stanie go przekonać. Ani w sprawie doprowadzenia do remontu DK Mors, czy nie wydawania pieniędzy podatników na wyprawki dla dzieci. Ale tego, że ktokolwiek będzie w stanie mi wmówić, że sam Burmistrz Wolicki również za nic w mieście nie jest odpowiedzialny to się nie spodziewałam. Ale cóż, trafiłam na lojalną informatorkę - Małgorzatę, która na wstępie rzuciła, że za Wolickim nie jest, ale braku wdzięczności ze strony mieszkańców nie potrafi zrozumieć. Narzekają, że remonty w mieście, że chodniki rozkopane, że drogi pozamykane, a przecież Burmistrz nie mógł wcześniej nic zrobić, bo nie miał pieniędzy, a nie miał bo mu radni nie dali. Tak drodzy Państwo za to, że Dębica rozkopana odpowiada rada miasta, ponieważ tak głosowała, by Wolicki grosza nie dostał na planowane od lat remonty. Tak, dopiero na zakończenie kadencji radni stwierdzili „A dobra zagłosujemy i damy temu Wolickiemu, parę groszy z budżetu, niech coś na pożegnanie zrobi” Nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Stojąc kilka godzin temu pomiędzy tymi starociami i kolorowymi wycinankami, też nie wiedziałam i pewnie długo się to nie zmieni. A co do owej Pani Małgorzaty, która chyba chciała mnie poinformować, jak to w Ratuszu kłody pod nogi radni, burmistrzowi rzucają, nie pomyślała o jednym. Mianowicie, jeśli rada składająca się albo z dawnej koalicji Wspólnoty Ziemi Dębickiej i PiSu, albo PiSu głosuje przeciw Wolickiemu, który na burmistrza z ramienia PiSu startował, to coś tu nie gra i się kupy nie trzyma. Po drugie droga Pani Małgorzato, wspominając nie jedną sesję rady miejskiej,(od czasu gdy mam je okazję obserwować) nie przypominam sobie, by którykolwiek z radnych PiSu, lub dawnej koalicji głosował przeciw temu, co chciał Wolicki. Jedynymi, głosujący „przeciw”, byli radni opozycji, a tych na palcach jednej ręki można policzyć. Po trzecie szanowna Pani Małgorzato, jeśli radni nie radzili na rzecz Wolickiego, to znaczy, że się nie mogli z nim dogadać, a to z kolei znaczy, że z Wolickiego był kiepskim menadżerem. W związku z powyższym, z której strony, by tematu nie zajść i tak wychodzi na to, że albo jest Pani „za” obecnym burmistrzem, tylko Pani obrona nie wyszła, a to ze względu na zebrane nauki dziwne, albo załagodzenie sytuacji pt. „przez 4 lata nic nie zrobił” ma na celu rozciągnięcie parasola ochrony nad obecnym Zastępcą, który odpowiada za inwestycje, gospodarkę przestrzenną oraz infrastrukturę miejską,  Więc w gruncie rzeczy, jego za remonty na ostatnią chwilę, też można rozliczać. Chociaż nie, zapomniałam, przecież on nic nie mógł zrobić, bo o wszystkim decydował Wolicki, którego też rozliczać nie można, bo wstrzymywała go rada. Rozumiecie Państwo coś z tego bałaganu? Wychodzi chyba na to, że przez ostatnie 4 lata jak nie 8 Dębica nie miała burmistrza, bo dziś żadnego z trzech nie można za nic pociągnąć do odpowiedzialności. Zasłyszane od mieszkańca: "Chcesz zobaczyć jak wygląda miasto rządzone przez PiS? Przyjedź do Dębicy".
 

Być na fotografii wg samorządowców z pro partii

 
Wertując Internet w poszukiwaniu… szczęścia medialnego, znów udało mi się natrafić na kilka słów, które zatrzymały mój wzrok i wzbudziły refleksję, którą postanowiłam się z Państwem podzielić. Mianowicie chodzi o bywania na fotografiach. Okazuje się, że to bywanie na zdjęciach, co po mojemu, czyli po dziennikarzowemu znaczy wpychanie się przed obiektyw, co uwierzcie mi Państwo, zdarza się bardzo często, jest poświadczeniem aktywnej działalności pro partia.   Ale mnie to powiązanie „zdjęcie + aktywność” w głowie się nie mieści. Może dlatego, że za dużo tych zdjęć zrobiłam, za dużo słyszałam i za dużo widziałam – tego czego na żadnym zdjęciu nikt z Państwa nie znajdzie… W związku z tym śmieszy mnie i martwi, stwierdzenie, że ktoś aktywnie się angażował bo był na zdjęciu. Ludzie, proszę oprzytomnijcie. Analizując różne zdarzenia, zarówno polityczne jak i stricte społeczne, czy kulturalne, o których było mniej lub bardziej głośno w mediach, mam wrażenie, że powoływanie się na zdjęcia jako dowody jest łapaniem się ostatniej deski ratunku. Baa… Jeśli któryś z kandydatów na burmistrza, bo temat związany z foto takiego pana dotyczył, rzeczywiście na tej fotografii, czy kliku zdjęciach jest, to ja pytam, po co jeszcze o tym pisać? Po co ? Czy to nie jest przypadkiem traktowanie odbiorców jako, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu. Przecież jeśli patrzę na zdjęcie, to widzę, tak. Tym bardziej jeśli fotografia przedstawia osobę, która przewija się przez media co drugie wiadomości i wywiady. Na marginesie z punktu widzenia osoby, która bardzo, ale to bardzo ceni ludzi, którzy w przeciwieństwie do tych, co czas marnotrawiony na czekanie w kolejce do zdjęcia, poświęcają na działania nie pro partia, tylko pro społeczeństwo, uważam że nie chodzi o to by na zdjęciach być. Chodzi o to, chociaż to trudniejsze, by mimo to, że na zdjęciu kogoś nie ma i tak cała opinia publiczna wie, kto jest inicjatorem zdarzenia, koncertu, warsztatu, posprzątanej ulicy, chodnika wyremontowanego na czas, nowych dróg przebudowanych w oparciu o dobro społeczne, nowych miejsc pracy, polityki przyjaznej rodzinie itp. Itd. Tak to jest bardzo trudne zadanie, życzę więc wytrwałości w realizacji. Aha i jeszcze jedno, tak to już jest, że tak jak studentom trudno nadrobić cały semestr w tydzień, tak i niektórym samorządowcom może być bardzo trudno w miesiąc nadrobić dwie zmarnowane kadencje.