DĘBICA PODZIELONA, A PIENIĄDZE PRZEZ PALCE UCIEKAJĄ.

 
Okolice dworca PKP w Dębicy, pociąg ma 20 min. postoju więc zza szyby obserwuję jak żyje miasto. Żyje szybko, wszyscy gdzieś się śpieszą przepychają na peronach. Jedni z torbami, inni z paczkami. Gdzieś u góry unosi się zapach jadłodajni. Rozmowy: trochę o urlopach, wakacjach dla dzieci, gdzie na wczasy pod gruszą, jak się dostać z pracy po trzeciej zmianie i kto może zorganizować transport, bo czas wakacyjny ma to do siebie, że pociągi przeładowane koloniami i urlopowiczami. Taką Dębicę pamiętam sprzed ponad 15 lat. Teraz miasto jest inne. Nie tylko w okolicach dworca PKP, nie tylko w dziedzinie infrastruktury. Przede wszystkim zmienili się ludzie. Zmieniło się podejście do życia, do pracy i wyczekiwanych zmian. Coś się dzieje, ale gdy by zapytać co się dzieje w mieście - słyszę smutną ironiczną odpowiedź, ze NIC się przecież nie dzieje. Organizacja imprez kulturalnych, w których połowa repertuaru to zdolne dzieciaki jest stanowczo zbyt ubogim efektem dla miasta, które ma świetne położenie, nowoczesny trakt kolejowy i autostradę po sąsiedzku. "Widoczne są postępy, które wszyscy zauważamy i staramy się doceniać, nagradzając najaktywniejszych" - mówi nic nieznaczące zdanie w ulotce wywieszonej w jednym z urzędów. Jakie postępy? Konkretnie na której ulicy, w której firmie dla jakich ludzi? Kto je zauważa? Są nagradzane. To widać. Wystarczy popatrzeć na poziom życia tych którzy, rządzą. Niestety nie było widać tych samych rządzących, podczas ostatniego spotkania w Cechu Rzemiosł, pod hasłem: Dębica - moja mała ojczyzna. Tematem była nowa perspektywa finansowa z wykorzystaniem środków unijnych. Co miesiąc starszy Cechu usilnie próbuje namówić do wspólnego spotkania władze, przedsiębiorców i polityków. Po co ? Patrząc na miasto i sąsiadów: Mielec, czy Ropczyce widać ogromną przepaść. Dębica nie wykorzystuje swojego potencjału, a z dotacji korzysta tylko na poziomie ok. 40 %. To niewiele. Mamy szansę inwestować w infrastrukturę, chociaż by obiecany remont DK Mors, który miał być laurką wyborczą podczas ostatnich wyborów samorządowych. Dębica jest podzielona, a pieniądze uciekają przez palce. Pieniądze, na które jeśli teraz nie będzie pomysłu, wykorzystają inne miasta i inne samorządy. A my dalej zostaniemy z deficytem miejsc pracy, rozlatującą się infrastrukturą i wegetującymi przedsiębiorcami. A w razie buntu, zaasfaltuje się oczy wyborcom tak jak co cztery lata. Tu nowe pasy, tam kawałek kostki. Jako obserwator spotkania, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony radość, przyszło więcej niż zwykle osób. Wszystkie krzesła były zajęte i to nie przez byle kogo. Pojawił się wójt Gminy Dębica, radni z powiatu i z miasta, przedsiębiorcy, przedstawiciele polityki, ale nie było ani burmistrza ani starosty. Z drugiej strony, którakolwiek próba dialogu kończyła się kłótnią i bardziej pokazaniem, że to moje prywatnie ma być na górze, niż nasze dębickie wspólne. Widać, że nie ma zgody, ani pomiędzy samymi gminami, ani pomiędzy gminami, a powiatem, co widać też było na sali. O podziale partyjnym nie wspominając. Wisienką na torcie okazała być się informacja o poparciu Cechu Rzemiosł dla kandydata na Burmistrza – Jarosława Śliwy. Nie wszyscy byli szczęśliwi z tego powodu, na czele z Krzysztofem Krawczykiem, który nie ukrywał, że też marzy mu się fotel włodarza miasta, tym bardziej, że piastował stanowisko Wiceburmistrza. Też będzie wnioskował o poparcie Cechu. Dla mnie wniosek prosty: Kto pierwszy ten lepszy, nie ma co się obrażać na siebie tylko działać. Podsumowując, ze spotkania wyniosłam mieszane uczucia. Z jednej strony ogromny sukces – na temat małej dębickiej ojczyzny chce rozmawiać coraz więcej ludzi, od których sporo zależy w mieście. Z drugiej strony, jeśli nadal główny nurt będzie skierowany na prywatny interes i wyniesienie na piedestały nazwiska, to przepraszam, ale dalej wśród społeczeństwa będzie słychać i widać głośne ironiczne i smutne NIC.
 

ASFALTOWE PRZECHWAŁKI BOKAMI IM WYCHODZĄ.

 
Rzecz miała miejsce w budynku Starostwa Powiatowego, na głównym korytarzu, mniej więcej na wysokości Wydziału Komunikacji. Mimo, że zazwyczaj jest to miejsce delikatnie podenerwowanych posiadaczy samochodów, którzy nerwowo spoglądają na zegarek, tkwiąc w kolejce za przerejestrowaniem pojazdu, dziś bawili się wyśmienicie. Ciekawość cecha ludzka - więc też chciałam się dowiedzieć w czym rzecz. Podchodząc do grupki uśmiechniętych Dębiczan, którzy bardzo skrzętnie analizowali coś w rodzaju ulotki (większego niż standardowy formatu), zauważyłam na blacie dość spora kupkę kartek A4 ze zdjęciem ulicy, przepraszam remontowanej ulicy. Poczęstowałam się, wszak było za darmo i czytam zaczynając od wytłuszczonego nagłówka: "Inwestycje powiatowe na ulicach Dębicy". Wiem czego dotyczy jednostronicowa rozprawa. Czytam i słucham ciekawych komentarzy: - "Inwestycje na ulicach Dębicy - hmmm myślałem, że widać je gołym okiem, a się okazuje że nie jak o nich piszą" - Kwituje Pan w szarym swetrze. - "Podobna notka jest na stronie Starostwa w aktualnościach" - Dorzuca Pani z niebieską torebką. - "To jak tam jest to po co tutaj?" - Zastanawia się Pan w szarym swetrze - "To dla tych co Internetu nie mają, żeby wiedzieli co się w mieście dzieje" - Z przekąsem dorzuca Pan z wąsem. - "A no tak bo jak by nie napisali, to by nikt nie wiedział, co remontują - przecież to główne ulice są" - ironicznie kwituje Pani z torebką. -"Może i są ale czytaj, może czegoś ciekawego się dowiemy. Kompleksowy remont... jezdnia, chodniki, światła... będą ściągać stary asfalt i kłaść nowy... no i pasy namalują. No ktoś tu chce z nas chyba idiotów zrobić Panie i Panowie" - mimo wszystko ze śmiechem w głosie - dodaje Pan z wąsem. - "Strata papieru, ale wybory idą to trzeba się pochwalić co się za powiatowe pieniądze robi. Szkoda, że przez ostatnie lata jak nic się nie działo, to takich ulotek nie drukowali. Wtedy tytuł był by taki: "Antyinwestycje na ulicach Dębicy." Robić jest co, ale to jeszcze za wcześnie, pozapominacie i czym zabłyśniemy przed końcem kadencji. Poczekajcie jeszcze z dwa lata to może coś tam ruszymy, albo wam obiecamy, żeby z pustymi rękami nie stać " - krzyczy ze zdenerwowaniem Pan w szarym swetrze. I tak dalej i tak dalej, mimo wszystko w bardzo pozytywnym nastroju rozmawiali kierowcy czekając na swoją kolej w okienku. Podsumowując to zabawne i ciekawe zajście też zaczęłam się zastanawiać, czemu ma służyć owe pismo wyłożone w kilkudziesięciu egzemplarzach - krzyczy weź mnie do domu, dla nikogo nie braknie. Powiedz jak to działamy z inwestycjami w powiecie. Wszystko świetnie, tylko czemu dopiero teraz i czemu pisać o tym na każdym kroku? Owa ulotka nie zawiera żadnych newsów, opisuje stan rzeczy, który każdy widzi, bez względu na to czy frezowanie nazwiemy ściąganiem asfaltu, czy frezowaniem. Ludzie mają oczy i widzą kiedy zaczyna się okres robienia na rzecz społeczną i jaką formę ta działalność przybiera. - "Może Pan Starosta się boi, że tych inwestycji było za mało, więc opisze je jeszcze na papierze, żeby się wydawało więcej, tu 5 razy powtórzone jest słowo inwestycja, ale papier wszystko przyjmie, ludzie już niekoniecznie..." - z powagą podsumowuje Pani z niebieską torebką. Zgodnie z obietnicą, imiona cytowanych rozmówców zachowuję dla siebie. Dziękuję za możliwość wykorzystania przemyśleń. Opis wizualny jest przypadkowy i służy tylko do rozróżnienia osób w dialogu.
 

Mamo, tato dziękuję. Jestem bezrobotnym.

 
Czerwiec, to czas euforii i nieopisanej radości związanej z ostatnim z wydarzeń życia studenckiego, a mianowicie z graduacją. Świeżo upieczeni absolwenci szkół wyższych odbierają swoje dyplomy i nagrody. Wreszcie koniec, jesteśmy magistrami. Tytuł zawodowy, ale zawsze tytuł. Doskonale pamiętam, gdy jeden z moich wykładowców, jeszcze w czasie studiów zadał nam takie o to pytanie: Jaki najgorszy dzień w życiu Was czeka? Odpowiedzi była masa, nikt nie trafił w to co miał do zakomunikowania, ponieważ brzmiała ona następująco. Najgorszy dzień, który jeszcze przed Wami to ten po graduacji. Dostaniecie dyplom i zrozumiecie, że etap kształcenia wyższego już dobiegł końca, już Was na uczelni nie chcą. Zacznie się prawdziwe dojrzałe życie. Dziś sami sobie zadajcie pytanie, na jakim etapie tego życia jesteście, jak bardzo zaradni, czy odnajdziecie się w nowej już niestudenckiej rzeczywistości i na rynku pracy. A przede wszystkim kogo powinniście za obecny stan i poziom Wasze-go życia wynagrodzić, lub ukarać? Samych siebie? Czy na pewno to prawda, że każdy jest kowalem własnego losu? Czy w Waszym przypadku tak było? Wspominając wyraz twarzy moich rówieśników, widać było, że powiało grozą. Inspiracją do napisania tego artykułu, stały się przemyślenia dotyczące tej sytuacji i pewna rozmowa ze studiującymi koleżankami, z której wynika, że jest ktoś jeszcze, kogo można by pociągnąć do odpowiedzialności za obecne miejsce młodego absolwenta na ziemi. A oto jej fragment: „- … a jeśli chodzi o pracę Kasiu, to zastanawiałaś się nad tym by coś między-czasie złapać? Może w sklepie, czy ulotkach? Cokolwiek, by parę groszy do kieszeni wpadło? - Może i myślałam, ale prawo to nie jest łatwy kierunek. Oczywiście byłam tego świadoma, gdy szłam na studia i brałam pod uwagę, to, że poświęcę się tylko nauce. Widzisz, jeśli chcę robić aplikację i nie zatrzymać się na etapie mgr to nie mogę tracić czasu na jakieś kasy, ulotki itp. Później bym sobie tego nie wybaczyła. -Zauważ, że nie wszyscy prawnicy siedzą w kodeksach i ustawach. Wielu studiuje prawo zaocznie, ma rodziny, pracuje. Co oni mają powiedzieć. Myślę, że to o całkiem co innego chodzi. Zauważ, że tak naprawdę biorąc pod uwagę, kasę którą dostajesz, czy zarobisz sobie na wakacjach, wystarcza Ci na wszystkie opłaty i wydatki, a jak Ci braknie to rodzice dadzą, nie powiedzą idź sobie zarób, są dumni że mają córkę prawniczkę. Pamiętasz Jar-ka? Jemu ojciec już na drugim roku powiedział, że mama ma raka i ze względu na drogie leczenie, nie starczy pieniędzy na jego studia. I co, miał dwa wyjścia: zrezygnować ze szkoły, lub zdobyć pieniądze. Sama wiesz co zrobił, dziś współprowadzi firmę. Studiuje zaocznie, a do podjęcia pracy zmusiła go sytuacja. A Ciebie nie zmusza. Czy Tobie kiedykolwiek rodzice dali do zrozumienia, żebyś sobie dorobiła? Czy odmówili Ci brakujących pieniędzy do rachunków? Nie. ” - No ok, ale prędzej czy później zacznę na siebie zarabiać, tylko jeszcze skończę aplikację i dostanę się do jakiejś kancelarii, albo założę swoją, coś wymyślę, a jak nie to zagranicą, nie wszyscy przecież pracują w zawodzie. A co do rodzi-ców, to nie tylko moi są dumni, wszyscy są dumni, gdy ich pociechy się kształcą i dążą do lepszego poziomu życia i wiadomo, że od czasu do czasu muszą po-móc, zwykle finansowo, no bo jak inaczej? No właśnie jak? Dziś wspominając tę rozmowę i obserwując absolwentów tym bardziej studiów stacjonarnych, którzy przez 5 lat zdążyli zdobyć, aż dyplom mgra, co niektórzy na aż 3.0 i nic więcej, widzę tą samą grozę co podczas rozmowy z wykładowcą. Kasia, mimo przekonania o własnej kancelarii też miała tą samą grozę w oczach. To strach o jutro o przyszłość, powolna rezygnacja z założonych planów, coraz częstsze branie pod uwagę wyjazdu na obczyznę i powolne popadanie w apatię, podczas wysyłania kilkudziesięciu CV. Przecież, miało być inaczej. Do tej pory było inaczej, było dobrze, były pieniądze, błogie życie, na nic nie brakowało, wszystko się układało. Miałem być tym pierwszym i jedynym absolwentem, który dostanie pracę zgodną ze swoim kierunkiem studiów, bez żadnego doświadczenia i dodatkowych kur-sów. Ale jest inaczej, nikt nie dzwoni nie zaprasza na rozmowy i nawet rodzice zaczynają się bulwersować, tylko nie rozumiem dlaczego i dlaczego oni, przecież też są odpowiedzialni za moją sytuację bo… Oni wychowali się w odmiennej rzeczywistości, lat 60-tych i 70-tych ubiegłego stulecia, gdzie przyświecały zupełnie inne wartości, dyplomy i tytuły niosły za sobą pewność na pracę zwykle w zawodzie, a jeśli nawet nie, to na pracę w ogóle, mało kto z młodych kończących, wtedy w większości zawodówki zostawał na bezrobociu. Mówiąc krócej opłacało się zdobywać wiedzę. Na studia było się dostać trudniej, przede wszystkim ze względu na ograniczoną ilość miejsc i egzaminy wstępne. Mimo to każdy obecny piędziesięcioparolatek znajdował swoje miejsce na ziemi na co najmniej kilkanaście lat, odciążając finansowo rodziców. Ale to było kiedyś, prawie pół wieku temu i przez ten okres czasu wiele się zmieniło. Tak drodzy rodzice wiele się zmieniło… Mam wrażenie, że właśnie brak świadomości tych zmian jest powodem nieodpowiedzialnej pomocy kierowanej do pociech, czyli pokolenia Y. Jak wiadomo, każdy rodzic chce dla swojego dziecka dobrze jest to zrozumiałe, ja też się pod tym podpisuję. Jednak nie rozumiem jak można chcieć szczęścia jednocześnie krzywdząc. Krzywda polega na tym iż, przeciętny rodzic nadal patrzy na życie swojej pociechy przez pryzmat swojej młodości. Idź do szkoły, na studia zdobądź tytuł magistra, bo bez tego nie dostaniesz pracy, dziś wykształcenie to podstawa, bez niego nic nie osiągniesz. Kierunek? A czy to takie ważne, wszyscy idą na x, idź i ty, po co wymyślać i kombinować. Uczelnia? Najlepiej jak najbliżej domu, co z tego że są lepsze i co z tego, że wszyscy idą na publiczne. Liczy się dyplom. Studiować możesz dziennie, jeszcze się napracujesz, jak będziesz między-czasie sobie dorabiać, zawalisz szkołę i wyrzucą Cię z uczelni, a to dopiero będzie katastrofa i tak dalej i tak dalej. Ile razy takie argumenty przewijały się przy rodzinnym obiedzie w imię troski, w rzeczywistości toksycznie chroniąc przed prawdziwym życiem. I co z tego wynika? Zwykle tyle, że po 5 latach studiów, rzeczywiście ten okres czasu wspomina się jako najwspanialszy, ze względu na błogość i brak obowiązków, trzeba się tylko uczyć, dwa razy do roku w czasie sesji. Ale po studiach zaczyna się prawdziwe i dojrzałe życie, pracodawcy wymagają konkretów, najlepiej kilkuletniego doświadczenia, a jeśli już nie to mocno ukształtowanych cech osobowości, takich jak kreatywność, czy samodzielność w działaniu, adaptacja do zmian. Liczą się dodatkowe umiejętności, bo jak wiadomo wiedza zdobyta na studiach, tym bardziej humanistycznych, nie poparta żadną konkretną praktyką jest bezwartościowa. Tak o tym się mówi, jednak ciężko wykrzesać, narzekając jak to w Polsce jest źle. Właśnie jak inaczej nasi kochani rodzice mogą pomóc swoim pociechom i na czym ta pomoc powinna polegać, by nie wiało grozą pogrzebanych planów i nadziei ? Drodzy chroniący od wszystkiego złego, pociechy swoje, pomoc nie polega tylko na dawaniu i odciążaniu w obowiązkach, na litości i usprawiedliwianiu, na traktowaniu dwudziestoparolatków jak przedszkolaków, którym trzeba zrobić kanapki, dać pieniążka i ukołysać do snu. Dziś rzeczywistość na rynku pracy ale również w życiu wymaga bycia twardym, odpornym na stres, którego jest sporo a będzie jeszcze więcej, a przede wszystkim zaradności na każdym kroku, nie tylko w pracy ale i poza nią, masy pomysłów na siebie i świadomości że zmiana króluje i pędzi z prędkością światła. Dlatego chcąc szczęścia dla swoich dzieci, nie brońcie i wręcz namawiajcie do spróbowania tego prawdziwego życia jeszcze w trakcie studiów, nawet kosztem kształcenia zaocznego, nieprzespanych nocy, czy jednego semestru w plecy, lub dziekanki. Bo to jest właśnie życie, a Was nie na wieki, kto zechce niańczyć dorosłych teoretycznie trzydziestolatków, którzy z przekonaniem byli utwierdzani, że im się po prostu należy. Dziś na sukcesy i dostatek trzeba sobie zapracować, poświęcić coś by zyskać. Uwierzcie, że inaczej patrzy pracodawca na potencjalnego pracownika, gdy widzi, że chciało mu się zrobić w trakcie studiów coś jeszcze niż tylko chodzić na wykłady i zakuwać dwa razy na 10 miesięcy, gdy próbował pracować, podejmować dodatkowe kursy, szlifować języki, czy nawet aktywnie uczestniczyć w organizowanych przez uczelnię zajęciach dodatkowych w postaci kół naukowych, podczas których przewija się konkretna praktyka i umiejętności. „Gdy byłam małą dziewczyną i z niepewną miną szłam do przedszkola moja babcia tak przedstawiła mi tę sytuację: Szkoła to jest tak, jak przejść z pokoju do pokoju. Ani się obejrzysz a będziesz stać za progiem z dyplomami w ręku i przepustką do dojrzałego życia[…] Drodzy Rodzice[…] jeszcze dziś ten ostatni raz zabierzcie nas na obiad i odwieźcie do domu, a już niedługo dzięki dojrzałemu wychowaniu my będziemy służyć Wam pomocą, dajcie nam tylko trochę czasu[…]”
 

Wolicki jak Kali

 
Niezapomniany Kali z „W pustyni i puszczy” wypowiedział sentencję, która jak ulał pasuje do  mętnego tłumaczenia skazanego nieprawomocnym wyrokiem Burmistrza miasta Dębica Pawła Wolickiego. Kali był zdania, że jak Kalemu ukraść krowę to źle, ale jak Kali ukraść krowę to dobrze. Wolicki jest podobnego zdania jak Wolicki być skazany nieprawomocnym wyrokiem to źle, ale co do innych skazanych w różnych kwestiach nie słyszałem, że by miał coś przeciwko. Relatywizowanie prawa, sądów, sędziów i samych wyroków jest niebezpieczne. Bo albo przyjmujemy, że mimo wielu zastrzeżeń żyjemy w państwie cywilizowanym i praworządnym lub też w taki o którym mówi Kali. Pan Wolicki za swoje pieniądze może kupować wózki, statuetki i co tam jeszcze chce, natomiast za te pochodzące z kasy miejskiej ma kupować to czego oczekują mieszkańcy. Wolicki ma służyć mieszkańcom bo do tego został powołany. Ten wyrok jest takim smutnym podsumowaniem prawie ośmioletnich rządów: Wolickiego, Trojana i Bieszczada. Jasno trzeba powiedzieć Wolicki jest skazany nieprawomocnym wyrokiem i to wedle klasyka jest oczywista oczywistość. W takich sytuacjach politycy, którzy mają choćby znamiona honoru powinni podać się do dymisji, ale w mieście Kalego i przy rządach Kalego honor jest pojęciem deficytowym.
 

Kurs na zmianę

 
12 kwietnia. Protest w Dębicy w sprawie odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego w Dębicy. Wielu protest popierało, w tym ludzie z Solidarnej Polski i Platformy Obywatelskiej. A jak przyszło co do czego - to tylko Sojusz Lewicy Demokratycznej i Federacja Młodych Socjaldemokratów stanęli na wysokości zadania i wsparli na miejscu protestujących dębickich Sybiraków. Żaden przedstawiciel SP i PO nie przyszedł wesprzeć protestujących. Niektórzy mówią, że opozycji w dębickiej radzie miasta nie ma. Że nieaktualny podział miejsc w radzie, bo zakontraktowany 3 lata temu  Gdyby na to spojrzeć dogłębniej, można stwierdzić co następuje: a) obecnie w radzie miejskiej już prawie trzy czwarte radnych to ludzie PiSu (oficjalnie, nieoficjalnie) b) jedna lub dwie z Solidarnej Polski c) przynajmniej jedna kojarzona z Polski Razem Jarosława Gowina d) osoba kojarzona z Ruchem Narodowym e) grupa wzajemnej adoracji ze Wspólnoty Ziemi Dębickiej e) kilku radnych z listy PO (niektórzy już zapowiadają, że w kolejnej kadencji nie będą ubiegać się o mandat) Niby różnorodność, ale jednak powinowactwa polityczne. Taka soft-opozycja. Opozycja w wersji light. Głos na dębicką lewicę to jest głos na zmianę. Mieszkańcy mają dosyć stagnacji, nepotyzmu, niegospodarności. (Szerzej opisane "grzechy" obecnych władz w Dębicy można poznać klikając TUTAJ) Według dębickich środowisk lewicy, społeczeństwo obywatelskie to takie które aktywnie uczestniczy we wszystkich aspektach życia społecznego. Lewica dębicka chce obrać kurs na zmianę; Miasto Otwarte - prawo do dobrej administracji, urzędy otwarte w godzinach odpowiadających mieszkańcom, a nie pracownikom. Nowoczesne mechanizmy i narzędzia sprawowania władzy np. new public governance.  Realny dialog na linii władza - mieszkańcy etc. Opozycja nie może być miękka i przymykać oko na błędy władzy, bo wówczas włodarze nie czują oddechu na karku. Dość kombinowania i kreatywnej księgowości. Prawdziwa zmiana musi nadejść. W tegorocznych wyborach samorządowych dębiccy wyborcy będą mogli skorzystać z szerokiej oferty lewicowej, która zagwarantuje, że w przypadku ich zwycięstwa skończy się flirt z ukrytymi politykami, którzy uważają się za księży, skończy się lenistwo, które uważane jest za ciężką pracę, a dyktaturę większości zastąpi respekt dla mniejszości.    
 

Dębiczanie nie gęsi i swój rozum mają.

 
Przy okazji ostatniego odsłonięcia, mocno kontrowersyjnego pomnika. Wielce ucieszyła mnie, coraz większa dojrzałość dębickiego społeczeństwa, która przy tej okazji się potwierdziła. Dębiczanie na uszczęśliwianie ich na siłę i po za ich plecami odpowiedzieli w sposób, bardzo rozsądny tzn. nie obecnością na „odsłonięciu pomnika”. To była klęska organizatorów.  Jest to nauczka dla wszystkich, którzy lekceważą społeczeństwo i próbują narzucać innym swoją wolę. Brawo Dębiczanie, niejako powiedzieliście nogami, jak wam się podoba dyktowanie tego co macie robić, kiedy i kogo macie czcić. Jestem pełen podziwu dla mieszkańców naszego miasta, że co raz mniej dają się manipulować pseudo społecznikom. Po tym co widziałem w sobotę, jestem pewien, że w jesiennych wyborach uda się, odsunąć od władzy tych, którzy od siedmiu lat zawłaszczyli sobie Dębicę i powiat. Dębica jest umęczona i zniszczona . Czas na to aby Dębiczanie uwierzyli, że można żyć w dobrze zarządzanym powiecie i mieście. Natomiast następne wstęgi będzie się przecinało w  Dębicy przy okazji otwarcia nowej fabryki, a nie na odsłonięciu dwudziestego pomnika.
 

Vice-burmistrz Trojan – specjalista od wędzenia kiełbasy

 
Oglądając w Dębickiej telewizji PTVR wywiad z Vice-burmistrzem Naszego Miasta,  Mariuszem Trojanem, co chwilę przecierałem oczy ze zdumienia. Okazuje się, że Vice-burmistrz Dębicy, prawie nic nie wie, prawie nic nie może i za nic nie odpowiada po prostu praca marzenie za około 10 tyś. miesięcznie. Siedem lat rządów i ten Pan twierdzi, że wie jak zrobić z Dębicy miasto kwitnące tylko, że ciągle  ktoś mu przeszkadza. Pan Trojan to by zrobił lepiej, tamto by poprawił, a miał na to siedem lat. Trojan potwierdził, że w Dębicy to dobrze się nie dzieje, no ale co on może ….      Siedem lat współrządzenia miastem, brania co miesiąc  po około 10 tys. wypłaty i co ..., a no to, że Trojan najwięcej wie o wędzeniu kiełbasy.     Trojan dużo mówi o funduszach unijnych, że to ostatnia szansa na duże pieniądze z UE. Ja pytam gdzie ten Pan był jak inne miasta brały te miliony, wtedy On nie wiedział, że takie pieniądze były do wzięcia. Vice -burmistrz wspomina  o „ostrej” opozycji, moim zdaniem za takie rządy jakie prezentują Panowie Trojan i Wolicki to opozycja obchodzi się z nimi jak z jajkiem. Dębica doprowadzona jest do ruiny, a z wywiadu wynika, że za ten stan nikt nie odpowiada.           Panie Trojan ja wszystko rozumiem, ale elementarna przyzwoitość nakazywałaby powiedzieć to Ja Mariusz Trojan jestem Vice-burmistrzem i jestem współodpowiedzialny za obecna katastrofalną sytuację miasta.         Jeśli przez siedem lat Trojan nie miał pomysłu czym się zająć w Ratuszu, to mam dla Vice-burmistrza kilka pomysłów, którymi może zająć się od ręki: - poszerzenie granic miasta Dębicy, bo miasto dusi się w obecnych granicach - ratowanie mostu kolejowego na Wisłoce, bo Starosta Bielawa nie robi prawie nic      aby go uratować - przygotowanie dokumentacji pod strefę ekonomiczną - przygotowanie jednolitego projektu remontu dróg w Dębicy        Dębica nie zasługuje na takich rządzących, była miastem kwitnącym. PIS i Wspólnota Ziemi Dębickiej- Stefana Bieszczada doprowadziła to miasto do stanu przedzawałowego.           Jednak Dębica ma szanse na to aby wrócić, na tory rozwoju i znów stać się miastem gdzie będzie mieszkało się z przyjemnością. Mamy olbrzymi potencjał komunikacyjny i przy poszerzeniu granic miasta mamy wiele terenów pod inwestycje. To trzeba wykorzystać.  
 

Oświadczenie Zarządu Platformy Obywatelskiej Rzeczypospolitej Polskiej Powiatu Dębickiego.

 
            Zarząd Platformy Obywatelskiej Rzeczypospolitej Polskiej Powiatu Dębickiego jest głęboko zaniepokojony działaniami inicjatorów budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego i pozostałych ofiar katastrofy.       Plac Mikołajkowów jest miejscem, gdzie upamiętniona jest jedna z największych tragedii w historii Polski. W miejscu tym nie  powinna być eksponowana doraźna polityka. Czynienie z budowy pomnika kwestii politycznej jest wysoce niemoralne. Do tego nikt nie ma prawa. Jest to miejsce uświęcone i takim powinno pozostać. Zgadzamy się z oceną Sybiraków, że w Dębicy jest wiele innych miejsc, gdzie taki pomnik można wybudować. Miejsce na Placu Mikołajkowów jest nierozerwalnie związane ze Zbrodnią Katyńską i  martyrologią Sybiraków i takim powinno pozostać.     Kolejną bardzo ważną kwestią, jest stan prawny terenu, który miasto przekazało pod budowę tego monumentu i niejasności z tym związane. Do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości dotyczących stanu prawnego przekazanego terenu, wszelkie prace przy pomniku powinny być wstrzymane. Stowarzyszenie, które chce realizować tak szczytną ideę, powinno być „kryształowo czyste” pod każdym względem.          Budujmy pomnik katastrofy lotniczej w Smoleńsku, jednak zróbmy to bez polityki i tak, aby nie ranić uczuć ludzi, którzy i tak już wiele wycierpieli w związku z mordem dokonanym przez NKWD.      Przyłączamy się i solidaryzujemy  z  apelem Koła Sybiraków w Dębicy o uszanowanie tego symbolicznego Miejsca .  
 

Mędrcy czy krętacze

 
Dziś na sesji Rady Miasta Pana Stefan Bieszczad - określił ubiegłotygodniowe spotkanie w Domu Rzemiosła jako spotkanie mędrców. Nie wiem czy uczestnicy tego spotkania godni byli aż tak zacnego określenia, jednak coś w tym jest. Spieszę z wyjaśnieniem mędrzec – człowiek o wielkiej wiedzy i doświadczeniu. Obserwując jednak dzisiejszą sesję i porównując poziom merytoryczny radnych koalicji PIS i WZD do uczestników tamtego spotkania, to trzeba jasno powiedzieć, że w spotkaniu zorganizowanym przez Pana Janusza Wiktora faktycznie uczestniczyli mędrcy. Natomiast Panowie Wolicki, Bieszczad i Trojan, uzmysłowili dziś wielu co oznacza słowo krętacz. Spieszę także z wyjaśnieniem tego słowa krętacz to – kuglarz, matacz, kanciarz itd. Tydzień temu Wiceburmistrz Gągała , odpowiedzialny za inwestycje w UM oświadczył, że remont domu kultury „Mors” będzie kosztował w pierwszym etapie ponad 14 mln., a ostatecznie ponad 16 mln. Dziś miał oficjalnie wedle zapewnień z przed tygodnia potwierdzić tą informację publicznie, jednak nie wiem z jakich powodów nie dotarł na sesję. Natomiast, Panowie Wolicki i Trojan z uporem maniaka tłumaczyli nie wytłumaczalne czyli, że kwota ta będzie prawie o połowę niższa. Remont Morsów, ma odbyć się na zasadzie jakoś to będzie, może się uda, może nie. Tak właśnie rządzi Pan Trojan z Panem Wolickim może się uda, a jak się nie uda to zrobi się kolejną korektę budżetu, lub weźmie kolejny kredyt. Rządy Panów Wolickiego i Trojana wspieranego przez Pana Bieszczada doprowadziły Dębicę, do oto takiej sytuacji. Nie ma pieniędzy na drogi, chodniki są jedynie na ciepłe i dobrze płatne „stołki” dla członków PIS i WZD. Porównując budżety sąsiednich miast na inwestycje wydajemy kilka razy mniej niż nasi sąsiedzi, za to na „stołki” więcej. Panie Bieszczad nie trzeba być mędrcem aby dostrzec, że miasto popada w ruinę, a infrastruktura drogowa Dębicy jest w opłakanym stanie. Jednak, aby to dostrzec, wystarczy być uczciwym i zdrowo myślącym obywatelem tego miasta.