CZEGO KONKRETNIE CHCĄ DĘBICZANIE OD CHIŃCZYKÓW?

 
Ostatnie wydarzenia, nazwijmy je polityczno –gospodarcze – społeczne (choć, które przede wszystkim, za wcześnie by oceniać) pokazują, że Dębica stała się bardzo światowa w tej sferze. Wszystko za sprawą przyjazdu delegacji z chińskiego miasteczka – Nanhai. Biorąc pod uwagę, że w Dębicy nic się nie dzieje, co zewsząd słychać, to trzeba przyznać, że coś jednak drgnęło i to z przytupem. Zdarzenie nazywane wręcz egzotycznym, bo cóż tu dużo mówić taka okazja nie trafia się często. Różnych gości miała Dębica, ale z Chin jeszcze nie. Kompleks odbytych spotkań, zarówno kwietniowego meetingu w Chinach, jaki i dębickiego kilka dni temu, został porównany do relacji partnerskich, a wręcz małżeńskich. Oczywiście z zachowaniem wszystkich etapów jakie przechodzi związek dwóch, w tym przypadku regionów, łącznie z uprzejmościami, uściskami, uśmiechami i niezmierzonymi nadziejami na przyszłość. Z jednym małym wyjątkiem. Gdy dwoje ludzi się poznaje, wzajemnie przedstawia rodzinie, znajomym, angażuje w swoje ochy i achy wójta i całą gromadę, dostaje od tej gromady kawałek czasu na pofruwanie w obłokach. Taki okres próbny, by później już na bardzo poważnie zostać rozliczonym, z tego jak, gdzie i za co KONKRETNIE wyobrażają sobie wspólne życie. Samą miłością dziecka nie nakarmisz… samymi zapewnieniami, mieszkańcom bytu nie zapewnisz… Jak się okazuje Dębiczanie nie chcą czekać, nie mają czasu na uprzejmości i badanie rynku. Potrzebują konkretnych ustaleń teraz. Co się zmieni dla zwykłego człowieka, co z nowymi miejscami pracy, w jakich branżach, czy dla młodych otworzy się w końcu dębicki rynek pracy? Czy powstanie nowa fabryka? Jakie mierzalne rezultaty przyniesie ta współpraca. Jakie kwoty zostaną zainwestowane i gdzie? Czy Dębica ma co zaoferować Chinom? To tylko część pytań przewijających się przez dyskusje. Cóż, nie żyjemy na bezludnej wyspie, więc biorąc pod uwagę wszystkie plany wymiany edukacyjnej, sportowej, mentalnej, społecznej i gospodarczej, nie ma co się ludziom dziwić, że rok czekać to z goła za długo. Więc czy z tego małżeństwa będą jakieś dzieci na miarę wymiernych korzyści, sama jestem ciekawa.
 

JAK TO JEST POCHODZIĆ Z MIASTA Z BURMISTRZOWYM WYROKIEM?

 
JAK CELEBRYCI… Żyją Dębiczanie. Chcąc, czy też nie stali się mieszkańcami popularnego miasta na Podkarpaciu. Dębica jest i była kojarzona z wieloma szczególnymi znakami. Opony, trolejbusy, Penderecki i na koniec Wolicki. Choć obu tych panów nie wypada porównywać, bo krąg ich działalności z goła odmienny. Osoba tego ostatniego stała się powodem kojarzenia miasta w coraz większym promieniu. Nie mówię tutaj już o regionie, czy województwie, ale Polsce. PRZYNAJMNIEJ WIEDZĄ, ŻE TO JESZCZE NIE CZECHY, ANI UKRAINA… Kila dni temu spotkałam koleżankę, która jak sama o sobie mawia, dawno bo dawno, ale zaliczyła dębicki epizod. Krótko uczyła niemieckiego w jednej ze szkół. Mimo, że zamieszkuje centralną Polskę, nieopodal Warszawy, opowiadając o sobie tu i ówdzie, jak sama odkryła wspominając kilka miesięcy belfrowania w Dębicy, gdzie to jest praktycznie wszyscy wiedzą. Do tej pory miasto Pendereckiego i opon miejscowiono przy granicy, jak nie z Ukrainą, to z Czechami. Rodziło to komiczne sytuacje. Cóż daleko nie mamy, więc wybaczamy. DZIĘKUJEMY PANIE PAWLE… „Dębica, aaaa wiem, tam co mają burmistrza z wyrokiem.” -Tak kojarzą Warszawiacy miasto, które bardzo miło wspominam. Czasami brakuje mi pomysłu na neutralną reakcję. - Żali się. - Nigdy bym nie pomyślała, że burmistrz Dębicy będzie laurką swojego miasta w kryminalnym ujęciu. To przykre. TYM BARDZIEJ, ŻE WYROK Z CHOINKI SIĘ NIE URWAŁ… Sprawę która przysporzyła sławy burmistrzowi i niesławy miastu ciągnie się od dłuższego czasu. Około miesiąca temu Sąd wydał uzasadnienie wyroku, w którym jasno określa, że Wolicki wiedział, ze prawo łamie i to rzeczywiście cztery razy. Wyprawki jako dobry pomysł ale rozdane bez uchwały. Figurki patronki miasta za kasę, z której miały być drogi. Tam gdzie przy leśniczówce miał stanąć plac zabaw – nie ma go, a firma kasę za wykonanie dostała. A na koniec, wracając do wyprawek powinny być zakupione w ramach wyboru najkorzystniejszej oferty, czego nie zastosowano. Sam Paweł Wolicki przekonuje, że prawa nie złamał, zapowiedział apelację i taka zapewne do Sądu wpłynie. Ale mnie zastanawia co innego. SUKCES MA WIELU OJCÓW, PORAŻKA ZWYKLE ZOSTAJE SIEROTĄ… Powiedział Burmistrz podczas jednej z sesji Rady Miejskiej. Czy gdy by się okazało, że zarzuty były bezpodstawne, a sąd nie znalazł by winy i wyroku by nie było, to czy nadal Paweł Wolicki stał by sam opowiadając o swoich działaniach? Czy podczas konferencji prasowej sam tłumaczył by i wyjaśniał powody i przebieg „pomocy” dla mieszkańców miasta, za które dziś dostał wyrok? Czy był by brany pod uwagę jako kandydat w wyborach na Burmistrza przez PiS, czy Wspólnotę Ziemi Dębickiej? W tym momencie, nawet Ci którzy nie interesują się na co dzień polityką, gołym okiem widzą, że Wolicki został sam jak palec. Jego koledzy samorządowcy, pracujący z nim na co dzień zapomnieli że Urząd Miejski działa jako grupa - zespół. Nagle okazało się, że Burmistrz to Urząd jednoosobowy, bez Rady bez zastępców. Sam decyduje, sam działa, sam odpowiada za to co wykombinował. Proszę mi uwierzyć, że to i tak bardzo obszerny komentarz. Pytając niejednokrotnie o ocenę pracy Wolickiego, odmawiano mi komentarza. Odmawiali ci, którzy przez dwie kadencje byli najbliżej. Ci, którzy nawet jeśli decydować nie mogli, mogli doradzić, przedyskutować. Od taka burza mózgów dla wspólnego dobra. Szef niech będziesz szefem nawet najbardziej nieprzystępnym, ale szczególnie po kilku latach pracy, nie uwierzę, że nie ma opcji by podejść i na spokojnie porozmawiać o ewentualnych konsekwencjach szczodrych decyzji. Cóż stało się. Warszawa wie gdzie Dębica, przenosząc ją w końcu na Podkarpacie. W przeciwieństwie do partyjnej załogi jeszcze obecnego Burmistrza, która nawet podczas uroczystości stoi trochę dalej, niż zwykle. Ot taki przypadek, może miejsca nie było, a może to niewygodne miejsce. A może lepiej z daleka obserwować miejsce, na które samemu chce się wskoczyć?
 

CO MA WSPÓLNEGO STUDENT Z KOŃCZĄCYM KADENCJĘ SAMORZĄDOWCEM?

 
Przykro mi to stwierdzić, ale analizując wszelkie poczynania by ułatwić życie mieszkańcom, widzę tego zdezorientowanego studenta, który obudził się kilka tygodni przed pierwszym egzaminem i nie wie w co ma ręce włożyć, a tu pasowało by zdać na ten drugi rok. A tu pasowało by pociągnąć tą kolejną kadencję. A W RZESZOWIE Kilka dni temu spotkałam znajomą, która wychowała się w Dębicy, ale wyemigrowała do Rzeszowa. Najpierw za edukacją, potem została, bo to Rzeszów dał jej zatrudnienie. Szłyśmy właśnie nowo wyremontowanym chodnikiem, uprzednio przechodząc przez świeżo odmalowane pasy i tak jakoś zaświtało mi w głowie pytanie: A w Rzeszowie widać, że zbliża się jesień wyborcza? - Wiesz, w Rzeszowie cały czas się coś dzieje. Co tydzień, co miesiąc, co rok. Nie widać nagłych remontów, czy laurek komunikujących, że ta ulica i ten blok z inicjatywy tego i tego został odmalowany. Rzeszów to taki pilny student. Pracuje rzetelnie cały 4- letni semestr. – Skwitowała. Jeszcze raz rzuciłyśmy okiem na białą jak śnieg podwójną ciągłą przy Jana Pawła, spoglądając na siebie znacząco. NO JAKIMI? A jakimi „studentami” są nasi dębiccy rządzący? Momentem prawdy dla studenciaka jest sesja. To czas gdzie terminowe egzaminy, rozliczają młodego ucznia z tego jak w czasie ok. 5 miesięcy przyswoił sobie wiedzę programową. W jaki sposób rozłożył naukę na etapy. Jak podchodzi do egzaminów. W pierwszych terminach, czy zalicza wszystko na raz w ostatnim „komisie”. Czas sesji egzaminacyjnej to również rachunek sumienia przed samym sobą. Czas kolejnych obietnic, że gdy tym razem „Pan da trzy”, to w przyszłym roku będę najpilniejszym i najzdolniejszym słuchaczem i praktykiem. Będę się angażował we wszelkie zajęcia poza programowe by w 100 % przyczynić się do najwyższego rozwoju własnej wiedzy. Będę najlepszy. Nic, a nic nie zostawię na ostatnią chwilę. Nie będę też „mądrze patrzył”, licząc na litość egzaminatora. W sumie, jak już zmarnowałem 5 miesięcy na kompletnym nicnierobieniu, to teraz pozostaje mi tylko obiecywać i chaotycznie coś tam się nauczyć, żeby jakoś tam zdać. PRZYCHODZI JESIEŃ WYBORCZA I… Patrząc na takiego zdającego okrągłe 10 miesięcy sesję studenta, widzę nie rzadko dębickich rządzących. Przychodzi rok, a raczej jesień wyborcza i nagle zaczyna coś się dziać. Widać gołym okiem, że krzywy chodnik, który trzy lata nikomu nie przeszkadzał, nagle stał się drzazgą w oku. Poziome znaki drogowe wytarte do granic możliwości do tego stopnia, że kierowcy nauczyli się jeździć na pamięć, nagle stały się bardzo ważne. Tak bardzo, że trzeba było je chybcikiem odmalować. Oczywiście, jak by tego było mało, głośno się o tym mówi i pisze. Wyliczając kolejne ulice i budynki, które właśnie teraz, te niecałe trzy miesiące przed wyborami samorządowymi dostały nowy wyraz i nowy image. Tak właśnie wygląda teraz Dębica, rozkopana i na gwałt remontowana. Złośliwi żartują, że miasto przechodzi drugą młodość w roku wyborczyM, by wyborcy nie zapomnieli, dzięki komu bezpieczniej chodzi im się po chodnikach i korzysta z budynków użyteczności publicznej, czy nie traci wzoru wypatrując pasów na jezdni. Przykro mi to stwierdzić, ale analizując wszelkie poczynania by ułatwić życie mieszkańcom, widzę tego zdezorientowanego studenta, który obudził się kilka tygodni przed pierwszym egzaminem i nie wie w co ma ręce włożyć, a tu pasowało by zdać na ten drugi rok. A tu pasowało by pociągnąć te kolejną kadencję. WSPANIAŁE MIASTO I PRACOWICI LUDZIE Drodzy rządzący w mieście i w powiecie, Dębica to wspaniałe miasto z pracowitymi ludźmi, którym należą się godziwe warunki życia. Nie tylko przed wyborami, w trakcie trwania kampanii wyborczej i krótko po. Dębica to miasto, które zasługuje na inwestycje i unowocześnienie, czy poprawienie bytu mieszkańców cały czas 24 godziny na dobę. Tutaj jest w kogo i w co inwestować przez okrągłe 4 lata. TEGO NIE WIEM Nie jestem wróżką, więc ciężko mi powiedzieć, czy w głowie działającego na ostatnią chwilę Starosty, Burmistrza, czy Wójta jest chociaż ziarno skruchy, tak jak w przypadku roztrzepanego studenta. Czy gdzieś tam w głębi obiecuje sobie, że kolejną kadencję rozpocznie i poprowadzi aktywnie przez 4 lata. A jeśli się nie uda, nie będzie mieć pretensji bo wybory to ciąg przyczynowo skutkowy, porównywalny do pola uprawnego. Chcąc zebrać, musisz zasiać.
 

O KLAUZULI SUMIENIA Z PUNKTU WIDZENIA PORTALOWEGO DZIENNIKARZA.

 
PIESZO… Dębica to niewielkie miasto. Na tyle nie należące do olbrzymów, że wszędzie bez problemów można dojść pieszo. Z jednej strony to zdrowo, a z drugiej sporo czasu na przemyślenie tego dokąd się zmierza. (Wystawa, koncert, sesja Rady, czy zdjęciowa) i tego skąd się wróciło. (Wywiad, relacja itp.) Krócej „idąc” analizuję wywiad w głowie, nie przygotowuję, a analizuję. Człowiek nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć, szczególnie reakcji innych ludzi. Wracając. Czas na refleksję tego co się widziało, słyszało i poczuło na własnej skórze. OD POCZĄTKU, CO Z TA KLAUZULĄ? Dziś chciała bym Wam opowiedzieć o klauzuli sumienia w zawodzie dziennikarza. Obserwując ostatnie wydarzenia, mam wrażenie, że jeszcze trochę i każdy zawód będzie miał swoją klauzulę sumienia. Będzie to coś w rodzaju obowiązkowych badań lekarskich, coś czemu już nikt nie będzie się dziwił, do czego przywykniemy. DZIENNIKARZ – HIENA? Zawód dziennikarza jest zaliczany do trudnych, ale ciekawych. Wykonywany z pasją, nie z przypadku potrafi trzymać człowieka na najwyższym pułapie życia – mentalnego. Ciągle poznajesz nowych ludzi, obracasz się w śród nowych zdarzeń, niesamowite wrażenie. Nawet tego nie wiesz, ale pracujesz 24 h na dobę, nie dlatego, że musisz. Chcesz. Chcesz być na bieżąco, jako pierwszy na miejscu zdarzenia. Uzależniasz się, uodparniasz jednocześnie stając się bardziej wrażliwy. Taki mały paradoks. Jesteś traktowany jako hiena, bo ciągle Ci mało, ciągle dopytujesz wydzwaniasz i biegasz z aparatem pstrykając ludziom przed nosem. Jak możesz, gdzie Twoje wyczucie sytuacji, szacunek i zasada „nie po trupach do celu”. Tak pokrótce jesteśmy postrzegani, my bracia i siostry dziennikarze. Tak nas się nawidzi. A jak bardzo by się lubimy gdy się widzimy? A widzimy się w ogóle? MOJA KLAUZULA SUMIENIA, WYBACZCIE ALE… To brutalne, co teraz napiszę, ale myśląc o klauzuli sumienia, nie mam na myśli stosunku dziennikarza do odbiorcy. Tak myślimy czasami, że chyba nie wypada, powiedzieć, napisać, sfotografować… Pisząc dzisiaj o klauzuli sumienia analizuję sytuacje, w której jak te hieny wchodzimy sobie przed obiektyw lub nie robimy nic, bo tak nam już chyba wolno? KIEDYŚ DAWNO, ALE PAMIĘTAM… Jestem sobie w pewnym miejscu, mnóstwo ludzi, nienaturalnie głośno. W głowie scenariusz – trochę spontaniczny i chaotyczny, ale jest. Obstawiam, osoby do wywiadu. Mam trzy. Podchodzę pytam, proszę. Rozumiem. Rozumiem, że można być zmęczonym, zabieganym, zajętym, niewyspanym, że wszystko na tej jednej głowie. Pytam drugi raz i trzeci. Proponuję dogodny termin. Nadal staram się zrozumieć. Nie każdy musi chętnie rozmawiać. Jesteśmy różni. Ale nie rozumiem i nie pojmuję jak można przyjść z rękami w kieszeniach z jednym pytaniem: - Gdzie bufet z kawą? Zamienić parę słów, nadal z rękoma w kieszeniach i rzucić na odchodne: - To mi tam prześlij, to zrobię materiał, ale będzie jutro pojutrze. OK.? Tak pełna zgoda. Być 5 minut i wyjść nadal z rękom w kieszeniach. Przepraszam z jedną ręką, druga trzyma kubek z kawą i ciacho. Taki gratis za 5 minut pracy. A za 6 godzin, wywiad na przymus z pretensją. Drodzy bracia i siostry dziennikarze, gdzie nasze sumienie wobec nas samych? Dlaczego tak łatwo przychodzi nam ignorancja, dlaczego się nie rozpoznajemy, dlaczego mijamy. I tak się wszyscy spotkamy w jednym miejscu. Powtarzając za Wojciechem Harpulą – Redaktorem Naczelnym Gazety Karkowskiej„ Wszyscy, wszyscy spotkamy się w jednym miejscu, w sieci. A gdzie jeszcze? Kto to wie.” Więc drodzy, moi kochani, po fachu poznani – wiecie ja też lubię kawę… ;-)
 

MAMY JUŻ FONTANĘ NA RYNKU. POMYSŁOWOŚC ARCHITEKTÓW PRZECHDZI LUDZKIE GRANICE.

 
Kilka dni temu spacerując po Dębicy, szukając tego czego nie zgubiłam – tak to najtrafniejsze określenie dziennikarskiego szwędania po mieście, wylądowałam w okolicach Rynku głównego. Zwabiły mnie śmiechy i radosna wrzawa, to był dowód na to, że mimo, iż w Dębicy nic się nie dzieje, to jednak coś musiało się wydarzyć. Obecny okres wakacji przyciąga dzieciaki w miejsca przestrzenne, bez ograniczeń, gdzie mogą dać upust swojej energii. Do taki bez wątpienia należy nasz dębicki Rynek. Jestem już prawie na miejscu, słyszę śmiech, piski, szum wody i „Jak w tej chwili nie przestaniesz to szlaban na komputer” „Wystarczy już wyłaź stamtąd” „Te spodnie to sam będziesz sobie prał” itp. Wyobraźnia poszła w ruch i na środku rynku spodziewałam się ogromnej piaskownicy, jako imitacji plaży lub czegoś w tym rodzaju. Niestety pomyliłam się, ale i ucieszyłam. Przypomniałam sobie, że kilka tygodni wcześniej słyszałam o fontannie która miała zagościcie na Rynku w miejscu starej i odstraszającej. Jest. Co prawda konstrukcja bardzo prymitywna. Jestem przekonana, że architekt miał w sobie coś ze strażaka lub był pasjonatom terrarystki, ponieważ nowa fontanna przypomina węża, a właściwie nim jest. Przynajmniej nikt nie zarzuci władzom, że na pomniki wydają krocie… A woda to zawsze woda, bez względu skąd się wydostaje… LINK do zdjęć Fontanny ;-) http://miasto.debica.pl/galerie/przegladaj/312/Nowa+fontanna+na+debickim+Rynku      
 

Fundusze unijne – szansa, nie zagrożenie

 
Integracja europejska to proces ciągły i dynamiczny. Od wspólnoty, rozumianej jako organizacja gospodarcza, przeszła w fazę zjednoczenia państw europejskich w unię  o wymiarze ponadekonomicznym. Wyraźne przyspieszenie integracyjnych procesów nastąpiło pod koniec XX wieku zapoczątkowane Traktatem o Unii Europejskiej (Traktat z Maastricht podpisany 7 lutego 1992 roku) Jednostki samorządowe aktywnie uczestniczą w procesie absorpcji unijnych funduszy, przyczyniając się tym samym do wysokiej pozycji Polski wśród państw członkowskich Unii Europejskiej pod względem stopnia wykorzystywania środków. W okresie 2004-2013 można było zaobserwować coraz bardziej rosnące znaczenie bezzwrotnych środków zagranicznych w samorządowych budżetach. Ma to korzystny wpływ na podnoszenie poziomu atrakcyjności inwestycyjnej jednostek samorządu terytorialnego (JST), a także poziomu życia jej mieszkańców. Należy więc stwierdzić, iż jednostki samorządu terytorialnego nauczyły się pozyskiwać unijne fundusze i nie obawiają się wszelkich nieprzewidzianych kosztów, skomplikowanych i trudnych procedur czy też potencjalnych trudności finansowych przykładowo związanych ze znalezieniem wkładu własnego na wykonanie projektu współfinansowanego z unijnych środków. Większe miasta podejmują działania angażujące więcej środków unijnych i o wiele częściej korzystają z programów krajowych, obok programów regionalnych, zaś te mniejsze JST skupiają się głownie na przedsięwzięciach istotnych z punktu widzenia społeczności lokalnej, natomiast inwestycje o większym znaczeniu dla regionu realizują województwa. Warto zwrócić uwagę na sukces władz samorządowych województw jako instytucji, która ma za zadanie wdrażanie Regionalnych Programów Operacyjnych (RPO). Może to stanowić zapowiedź wysokiego stopnia wykorzystania unijnych funduszy w obecnej perspektywie finansowej na okres 2014-2020. Niemniej jednak stopień wykorzystania bezzwrotnych środków zagranicznych nie powinien być wyłącznie jedynym kryterium oceny efektów pomocy publicznej, która jest udzielana krajom członkowskim UE. Konieczne jest przeprowadzenie ewaluacji projektów na centralnym szczeblu przez zobowiązane do tego instytucje i beneficjentów tych środków wedle kryterium efektywności, użyteczności, skuteczności, trafności i trwałości. Fundusze unijne mają dla Polski bardzo ważne znaczenie szczególnie w kwestii łagodzenia skutków kryzysu gospodarczego. W dłuższej perspektywie czasowej środki unijne niewątpliwie przyczynią się do rozwoju całego kraju.
 

DĘBICA PODZIELONA, A PIENIĄDZE PRZEZ PALCE UCIEKAJĄ.

 
Okolice dworca PKP w Dębicy, pociąg ma 20 min. postoju więc zza szyby obserwuję jak żyje miasto. Żyje szybko, wszyscy gdzieś się śpieszą przepychają na peronach. Jedni z torbami, inni z paczkami. Gdzieś u góry unosi się zapach jadłodajni. Rozmowy: trochę o urlopach, wakacjach dla dzieci, gdzie na wczasy pod gruszą, jak się dostać z pracy po trzeciej zmianie i kto może zorganizować transport, bo czas wakacyjny ma to do siebie, że pociągi przeładowane koloniami i urlopowiczami. Taką Dębicę pamiętam sprzed ponad 15 lat. Teraz miasto jest inne. Nie tylko w okolicach dworca PKP, nie tylko w dziedzinie infrastruktury. Przede wszystkim zmienili się ludzie. Zmieniło się podejście do życia, do pracy i wyczekiwanych zmian. Coś się dzieje, ale gdy by zapytać co się dzieje w mieście - słyszę smutną ironiczną odpowiedź, ze NIC się przecież nie dzieje. Organizacja imprez kulturalnych, w których połowa repertuaru to zdolne dzieciaki jest stanowczo zbyt ubogim efektem dla miasta, które ma świetne położenie, nowoczesny trakt kolejowy i autostradę po sąsiedzku. "Widoczne są postępy, które wszyscy zauważamy i staramy się doceniać, nagradzając najaktywniejszych" - mówi nic nieznaczące zdanie w ulotce wywieszonej w jednym z urzędów. Jakie postępy? Konkretnie na której ulicy, w której firmie dla jakich ludzi? Kto je zauważa? Są nagradzane. To widać. Wystarczy popatrzeć na poziom życia tych którzy, rządzą. Niestety nie było widać tych samych rządzących, podczas ostatniego spotkania w Cechu Rzemiosł, pod hasłem: Dębica - moja mała ojczyzna. Tematem była nowa perspektywa finansowa z wykorzystaniem środków unijnych. Co miesiąc starszy Cechu usilnie próbuje namówić do wspólnego spotkania władze, przedsiębiorców i polityków. Po co ? Patrząc na miasto i sąsiadów: Mielec, czy Ropczyce widać ogromną przepaść. Dębica nie wykorzystuje swojego potencjału, a z dotacji korzysta tylko na poziomie ok. 40 %. To niewiele. Mamy szansę inwestować w infrastrukturę, chociaż by obiecany remont DK Mors, który miał być laurką wyborczą podczas ostatnich wyborów samorządowych. Dębica jest podzielona, a pieniądze uciekają przez palce. Pieniądze, na które jeśli teraz nie będzie pomysłu, wykorzystają inne miasta i inne samorządy. A my dalej zostaniemy z deficytem miejsc pracy, rozlatującą się infrastrukturą i wegetującymi przedsiębiorcami. A w razie buntu, zaasfaltuje się oczy wyborcom tak jak co cztery lata. Tu nowe pasy, tam kawałek kostki. Jako obserwator spotkania, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony radość, przyszło więcej niż zwykle osób. Wszystkie krzesła były zajęte i to nie przez byle kogo. Pojawił się wójt Gminy Dębica, radni z powiatu i z miasta, przedsiębiorcy, przedstawiciele polityki, ale nie było ani burmistrza ani starosty. Z drugiej strony, którakolwiek próba dialogu kończyła się kłótnią i bardziej pokazaniem, że to moje prywatnie ma być na górze, niż nasze dębickie wspólne. Widać, że nie ma zgody, ani pomiędzy samymi gminami, ani pomiędzy gminami, a powiatem, co widać też było na sali. O podziale partyjnym nie wspominając. Wisienką na torcie okazała być się informacja o poparciu Cechu Rzemiosł dla kandydata na Burmistrza – Jarosława Śliwy. Nie wszyscy byli szczęśliwi z tego powodu, na czele z Krzysztofem Krawczykiem, który nie ukrywał, że też marzy mu się fotel włodarza miasta, tym bardziej, że piastował stanowisko Wiceburmistrza. Też będzie wnioskował o poparcie Cechu. Dla mnie wniosek prosty: Kto pierwszy ten lepszy, nie ma co się obrażać na siebie tylko działać. Podsumowując, ze spotkania wyniosłam mieszane uczucia. Z jednej strony ogromny sukces – na temat małej dębickiej ojczyzny chce rozmawiać coraz więcej ludzi, od których sporo zależy w mieście. Z drugiej strony, jeśli nadal główny nurt będzie skierowany na prywatny interes i wyniesienie na piedestały nazwiska, to przepraszam, ale dalej wśród społeczeństwa będzie słychać i widać głośne ironiczne i smutne NIC.
 

ASFALTOWE PRZECHWAŁKI BOKAMI IM WYCHODZĄ.

 
Rzecz miała miejsce w budynku Starostwa Powiatowego, na głównym korytarzu, mniej więcej na wysokości Wydziału Komunikacji. Mimo, że zazwyczaj jest to miejsce delikatnie podenerwowanych posiadaczy samochodów, którzy nerwowo spoglądają na zegarek, tkwiąc w kolejce za przerejestrowaniem pojazdu, dziś bawili się wyśmienicie. Ciekawość cecha ludzka - więc też chciałam się dowiedzieć w czym rzecz. Podchodząc do grupki uśmiechniętych Dębiczan, którzy bardzo skrzętnie analizowali coś w rodzaju ulotki (większego niż standardowy formatu), zauważyłam na blacie dość spora kupkę kartek A4 ze zdjęciem ulicy, przepraszam remontowanej ulicy. Poczęstowałam się, wszak było za darmo i czytam zaczynając od wytłuszczonego nagłówka: "Inwestycje powiatowe na ulicach Dębicy". Wiem czego dotyczy jednostronicowa rozprawa. Czytam i słucham ciekawych komentarzy: - "Inwestycje na ulicach Dębicy - hmmm myślałem, że widać je gołym okiem, a się okazuje że nie jak o nich piszą" - Kwituje Pan w szarym swetrze. - "Podobna notka jest na stronie Starostwa w aktualnościach" - Dorzuca Pani z niebieską torebką. - "To jak tam jest to po co tutaj?" - Zastanawia się Pan w szarym swetrze - "To dla tych co Internetu nie mają, żeby wiedzieli co się w mieście dzieje" - Z przekąsem dorzuca Pan z wąsem. - "A no tak bo jak by nie napisali, to by nikt nie wiedział, co remontują - przecież to główne ulice są" - ironicznie kwituje Pani z torebką. -"Może i są ale czytaj, może czegoś ciekawego się dowiemy. Kompleksowy remont... jezdnia, chodniki, światła... będą ściągać stary asfalt i kłaść nowy... no i pasy namalują. No ktoś tu chce z nas chyba idiotów zrobić Panie i Panowie" - mimo wszystko ze śmiechem w głosie - dodaje Pan z wąsem. - "Strata papieru, ale wybory idą to trzeba się pochwalić co się za powiatowe pieniądze robi. Szkoda, że przez ostatnie lata jak nic się nie działo, to takich ulotek nie drukowali. Wtedy tytuł był by taki: "Antyinwestycje na ulicach Dębicy." Robić jest co, ale to jeszcze za wcześnie, pozapominacie i czym zabłyśniemy przed końcem kadencji. Poczekajcie jeszcze z dwa lata to może coś tam ruszymy, albo wam obiecamy, żeby z pustymi rękami nie stać " - krzyczy ze zdenerwowaniem Pan w szarym swetrze. I tak dalej i tak dalej, mimo wszystko w bardzo pozytywnym nastroju rozmawiali kierowcy czekając na swoją kolej w okienku. Podsumowując to zabawne i ciekawe zajście też zaczęłam się zastanawiać, czemu ma służyć owe pismo wyłożone w kilkudziesięciu egzemplarzach - krzyczy weź mnie do domu, dla nikogo nie braknie. Powiedz jak to działamy z inwestycjami w powiecie. Wszystko świetnie, tylko czemu dopiero teraz i czemu pisać o tym na każdym kroku? Owa ulotka nie zawiera żadnych newsów, opisuje stan rzeczy, który każdy widzi, bez względu na to czy frezowanie nazwiemy ściąganiem asfaltu, czy frezowaniem. Ludzie mają oczy i widzą kiedy zaczyna się okres robienia na rzecz społeczną i jaką formę ta działalność przybiera. - "Może Pan Starosta się boi, że tych inwestycji było za mało, więc opisze je jeszcze na papierze, żeby się wydawało więcej, tu 5 razy powtórzone jest słowo inwestycja, ale papier wszystko przyjmie, ludzie już niekoniecznie..." - z powagą podsumowuje Pani z niebieską torebką. Zgodnie z obietnicą, imiona cytowanych rozmówców zachowuję dla siebie. Dziękuję za możliwość wykorzystania przemyśleń. Opis wizualny jest przypadkowy i służy tylko do rozróżnienia osób w dialogu.
 

Mamo, tato dziękuję. Jestem bezrobotnym.

 
Czerwiec, to czas euforii i nieopisanej radości związanej z ostatnim z wydarzeń życia studenckiego, a mianowicie z graduacją. Świeżo upieczeni absolwenci szkół wyższych odbierają swoje dyplomy i nagrody. Wreszcie koniec, jesteśmy magistrami. Tytuł zawodowy, ale zawsze tytuł. Doskonale pamiętam, gdy jeden z moich wykładowców, jeszcze w czasie studiów zadał nam takie o to pytanie: Jaki najgorszy dzień w życiu Was czeka? Odpowiedzi była masa, nikt nie trafił w to co miał do zakomunikowania, ponieważ brzmiała ona następująco. Najgorszy dzień, który jeszcze przed Wami to ten po graduacji. Dostaniecie dyplom i zrozumiecie, że etap kształcenia wyższego już dobiegł końca, już Was na uczelni nie chcą. Zacznie się prawdziwe dojrzałe życie. Dziś sami sobie zadajcie pytanie, na jakim etapie tego życia jesteście, jak bardzo zaradni, czy odnajdziecie się w nowej już niestudenckiej rzeczywistości i na rynku pracy. A przede wszystkim kogo powinniście za obecny stan i poziom Wasze-go życia wynagrodzić, lub ukarać? Samych siebie? Czy na pewno to prawda, że każdy jest kowalem własnego losu? Czy w Waszym przypadku tak było? Wspominając wyraz twarzy moich rówieśników, widać było, że powiało grozą. Inspiracją do napisania tego artykułu, stały się przemyślenia dotyczące tej sytuacji i pewna rozmowa ze studiującymi koleżankami, z której wynika, że jest ktoś jeszcze, kogo można by pociągnąć do odpowiedzialności za obecne miejsce młodego absolwenta na ziemi. A oto jej fragment: „- … a jeśli chodzi o pracę Kasiu, to zastanawiałaś się nad tym by coś między-czasie złapać? Może w sklepie, czy ulotkach? Cokolwiek, by parę groszy do kieszeni wpadło? - Może i myślałam, ale prawo to nie jest łatwy kierunek. Oczywiście byłam tego świadoma, gdy szłam na studia i brałam pod uwagę, to, że poświęcę się tylko nauce. Widzisz, jeśli chcę robić aplikację i nie zatrzymać się na etapie mgr to nie mogę tracić czasu na jakieś kasy, ulotki itp. Później bym sobie tego nie wybaczyła. -Zauważ, że nie wszyscy prawnicy siedzą w kodeksach i ustawach. Wielu studiuje prawo zaocznie, ma rodziny, pracuje. Co oni mają powiedzieć. Myślę, że to o całkiem co innego chodzi. Zauważ, że tak naprawdę biorąc pod uwagę, kasę którą dostajesz, czy zarobisz sobie na wakacjach, wystarcza Ci na wszystkie opłaty i wydatki, a jak Ci braknie to rodzice dadzą, nie powiedzą idź sobie zarób, są dumni że mają córkę prawniczkę. Pamiętasz Jar-ka? Jemu ojciec już na drugim roku powiedział, że mama ma raka i ze względu na drogie leczenie, nie starczy pieniędzy na jego studia. I co, miał dwa wyjścia: zrezygnować ze szkoły, lub zdobyć pieniądze. Sama wiesz co zrobił, dziś współprowadzi firmę. Studiuje zaocznie, a do podjęcia pracy zmusiła go sytuacja. A Ciebie nie zmusza. Czy Tobie kiedykolwiek rodzice dali do zrozumienia, żebyś sobie dorobiła? Czy odmówili Ci brakujących pieniędzy do rachunków? Nie. ” - No ok, ale prędzej czy później zacznę na siebie zarabiać, tylko jeszcze skończę aplikację i dostanę się do jakiejś kancelarii, albo założę swoją, coś wymyślę, a jak nie to zagranicą, nie wszyscy przecież pracują w zawodzie. A co do rodzi-ców, to nie tylko moi są dumni, wszyscy są dumni, gdy ich pociechy się kształcą i dążą do lepszego poziomu życia i wiadomo, że od czasu do czasu muszą po-móc, zwykle finansowo, no bo jak inaczej? No właśnie jak? Dziś wspominając tę rozmowę i obserwując absolwentów tym bardziej studiów stacjonarnych, którzy przez 5 lat zdążyli zdobyć, aż dyplom mgra, co niektórzy na aż 3.0 i nic więcej, widzę tą samą grozę co podczas rozmowy z wykładowcą. Kasia, mimo przekonania o własnej kancelarii też miała tą samą grozę w oczach. To strach o jutro o przyszłość, powolna rezygnacja z założonych planów, coraz częstsze branie pod uwagę wyjazdu na obczyznę i powolne popadanie w apatię, podczas wysyłania kilkudziesięciu CV. Przecież, miało być inaczej. Do tej pory było inaczej, było dobrze, były pieniądze, błogie życie, na nic nie brakowało, wszystko się układało. Miałem być tym pierwszym i jedynym absolwentem, który dostanie pracę zgodną ze swoim kierunkiem studiów, bez żadnego doświadczenia i dodatkowych kur-sów. Ale jest inaczej, nikt nie dzwoni nie zaprasza na rozmowy i nawet rodzice zaczynają się bulwersować, tylko nie rozumiem dlaczego i dlaczego oni, przecież też są odpowiedzialni za moją sytuację bo… Oni wychowali się w odmiennej rzeczywistości, lat 60-tych i 70-tych ubiegłego stulecia, gdzie przyświecały zupełnie inne wartości, dyplomy i tytuły niosły za sobą pewność na pracę zwykle w zawodzie, a jeśli nawet nie, to na pracę w ogóle, mało kto z młodych kończących, wtedy w większości zawodówki zostawał na bezrobociu. Mówiąc krócej opłacało się zdobywać wiedzę. Na studia było się dostać trudniej, przede wszystkim ze względu na ograniczoną ilość miejsc i egzaminy wstępne. Mimo to każdy obecny piędziesięcioparolatek znajdował swoje miejsce na ziemi na co najmniej kilkanaście lat, odciążając finansowo rodziców. Ale to było kiedyś, prawie pół wieku temu i przez ten okres czasu wiele się zmieniło. Tak drodzy rodzice wiele się zmieniło… Mam wrażenie, że właśnie brak świadomości tych zmian jest powodem nieodpowiedzialnej pomocy kierowanej do pociech, czyli pokolenia Y. Jak wiadomo, każdy rodzic chce dla swojego dziecka dobrze jest to zrozumiałe, ja też się pod tym podpisuję. Jednak nie rozumiem jak można chcieć szczęścia jednocześnie krzywdząc. Krzywda polega na tym iż, przeciętny rodzic nadal patrzy na życie swojej pociechy przez pryzmat swojej młodości. Idź do szkoły, na studia zdobądź tytuł magistra, bo bez tego nie dostaniesz pracy, dziś wykształcenie to podstawa, bez niego nic nie osiągniesz. Kierunek? A czy to takie ważne, wszyscy idą na x, idź i ty, po co wymyślać i kombinować. Uczelnia? Najlepiej jak najbliżej domu, co z tego że są lepsze i co z tego, że wszyscy idą na publiczne. Liczy się dyplom. Studiować możesz dziennie, jeszcze się napracujesz, jak będziesz między-czasie sobie dorabiać, zawalisz szkołę i wyrzucą Cię z uczelni, a to dopiero będzie katastrofa i tak dalej i tak dalej. Ile razy takie argumenty przewijały się przy rodzinnym obiedzie w imię troski, w rzeczywistości toksycznie chroniąc przed prawdziwym życiem. I co z tego wynika? Zwykle tyle, że po 5 latach studiów, rzeczywiście ten okres czasu wspomina się jako najwspanialszy, ze względu na błogość i brak obowiązków, trzeba się tylko uczyć, dwa razy do roku w czasie sesji. Ale po studiach zaczyna się prawdziwe i dojrzałe życie, pracodawcy wymagają konkretów, najlepiej kilkuletniego doświadczenia, a jeśli już nie to mocno ukształtowanych cech osobowości, takich jak kreatywność, czy samodzielność w działaniu, adaptacja do zmian. Liczą się dodatkowe umiejętności, bo jak wiadomo wiedza zdobyta na studiach, tym bardziej humanistycznych, nie poparta żadną konkretną praktyką jest bezwartościowa. Tak o tym się mówi, jednak ciężko wykrzesać, narzekając jak to w Polsce jest źle. Właśnie jak inaczej nasi kochani rodzice mogą pomóc swoim pociechom i na czym ta pomoc powinna polegać, by nie wiało grozą pogrzebanych planów i nadziei ? Drodzy chroniący od wszystkiego złego, pociechy swoje, pomoc nie polega tylko na dawaniu i odciążaniu w obowiązkach, na litości i usprawiedliwianiu, na traktowaniu dwudziestoparolatków jak przedszkolaków, którym trzeba zrobić kanapki, dać pieniążka i ukołysać do snu. Dziś rzeczywistość na rynku pracy ale również w życiu wymaga bycia twardym, odpornym na stres, którego jest sporo a będzie jeszcze więcej, a przede wszystkim zaradności na każdym kroku, nie tylko w pracy ale i poza nią, masy pomysłów na siebie i świadomości że zmiana króluje i pędzi z prędkością światła. Dlatego chcąc szczęścia dla swoich dzieci, nie brońcie i wręcz namawiajcie do spróbowania tego prawdziwego życia jeszcze w trakcie studiów, nawet kosztem kształcenia zaocznego, nieprzespanych nocy, czy jednego semestru w plecy, lub dziekanki. Bo to jest właśnie życie, a Was nie na wieki, kto zechce niańczyć dorosłych teoretycznie trzydziestolatków, którzy z przekonaniem byli utwierdzani, że im się po prostu należy. Dziś na sukcesy i dostatek trzeba sobie zapracować, poświęcić coś by zyskać. Uwierzcie, że inaczej patrzy pracodawca na potencjalnego pracownika, gdy widzi, że chciało mu się zrobić w trakcie studiów coś jeszcze niż tylko chodzić na wykłady i zakuwać dwa razy na 10 miesięcy, gdy próbował pracować, podejmować dodatkowe kursy, szlifować języki, czy nawet aktywnie uczestniczyć w organizowanych przez uczelnię zajęciach dodatkowych w postaci kół naukowych, podczas których przewija się konkretna praktyka i umiejętności. „Gdy byłam małą dziewczyną i z niepewną miną szłam do przedszkola moja babcia tak przedstawiła mi tę sytuację: Szkoła to jest tak, jak przejść z pokoju do pokoju. Ani się obejrzysz a będziesz stać za progiem z dyplomami w ręku i przepustką do dojrzałego życia[…] Drodzy Rodzice[…] jeszcze dziś ten ostatni raz zabierzcie nas na obiad i odwieźcie do domu, a już niedługo dzięki dojrzałemu wychowaniu my będziemy służyć Wam pomocą, dajcie nam tylko trochę czasu[…]”